piątek, 19 czerwca 2026

Dwa-nagle-naście

I nagle jakby ktoś przyłożył długą linijkę i machął przy niej grubą, prostą krechę odcinając pewien obszar i wyznaczając nową przestrzeń do zapisania.

Nagle uświadamia sobie człowiek, że ten krasnal z rozrzewnieniem oglądany na starych filmikach to przecież dziecko jeszcze, maluch, z uzębieniem pełnym mleczaków. Na dokładkę ten  krasnal coraz bardziej staje się mieszkańcem krainy wspomnień, wypartym przez obecną jego wersję.

Nagle uświadamia sobie człowiek, że już tyle rzeczy przeminęło, uleciało jak dmuchawce na wietrze. Już nie ma trzymania za małą, ciepłą łapkę przy przechodzeniu przez ulicę. Już nie ma wspólnego czytania książek. Nie ma też krojenia kanapki na kawałeczki, zaplatania warkoczyków, pomagania przy kąpieli, zawożenia na zajęcia i prowadzania na pezety przez innych zwane placami zabaw.

Wygaszało się to tak powoli, powolutku... takie ścichapęki chyłkiem, ukradkiem, niby przypadkiem,  że może nie widzę, nie zauważam, nie zwrócę uwagi... aż tu nagle okazuje się, że skończyło się to wszystko w trybie dokonanym, skutecznym i do tego niedyskutowalnym.

Bezpowrotnie.

Nikt mnie o zgodę nie pytał, nikt nie dociekał, czy sobie życzę, czy uważam, że już pora, że czas. Fakty są takie, że krasnalowata poczwarka przeistoczyła się w ćmę zwaną nastolatką . I tak to się oto rzeczy mają, że płowowłosa Dunia uprzejma była przerosnąć mnie o centymetr, przeżyć [tudzież przeżuć] pierwszego boyfrienda na seriously poważnie i naumieć się takiej samodzielności, że aż mnie czasami ciut, ciut zatyka i ściska imadłem serducho.

Ciup, ciup... jak mawiała Dunia będąc krasnoludkiem.

Nagle. 

Się stało.

Bim-bam-bom.

Dwanaście! - wyskoczyła kukułka.



czwartek, 19 czerwca 2025

J.E.D.E.N.A.Ś.C.I.E.

 

J

- Jestem najszczęśliwszą dziewczynką na świecie – tak sobie często o sobie myślę. – usłyszałam kiedyś mimochodem, gdy Dunia połączona zdalnie z nauczycielką wywnętrzała się tej w ramach zajęć, a ja akurat przechodziłam w pobliżu i złowiłam to cudne wyznanie jednym uchem, w wyniku czego oczy mi się spociły. Nieco.

Dla wyrównania poziomu lukru we krwi innym razem usłyszałam (bynajmniej nie mimochodem lecz wyrąbane toporem prosto w mordę), iż „Nienawidzę was! Jesteście najgorszymi rodzicami na świecie!!!”

Luzik. 

W takich chwilach oferujemy pomoc we wskazaniu adresu najbliższego MOPS-u oraz doradzamy, co zeznać, żeby skrócić procedury wydostania maltretowanego psychicznie dziecka z łap dwojga zwyrodnialców. Którzy już jutro (lub pojutrze – kto wie?) będą z powrotem przekochanymi „mamusią i tatusią”.


E

Empatia.

To dziecko jest chodzącą, dwunożną, długowłosą Empatią.

- Chciałabym kiedyś robić to samo. – komentuje moja ciemnooka blondwłosa Empatia czynności wykonywane przez zaprzyjaźnioną panią weterynarz.

Być może się spełni Kto to tam wie.


D

Dojrzewanie  to - stwierdzam po wielomiesięcznych przemyśleniach z wzdychaniem takim, że poduszki mi w domu wzlatują od tego pod sufit - wymyślne tortury specjalnie zaprojektowane dla dorosłych, którym się dziecka w bezrozumnym szale zachciało. Czysta perwersja.

Chcieli, to mają. Dobrze im tak.


E

Energia.

Nosi ją. Rozpiera. Biega. Krzyczy. Śpiewa. Tańczy. Skacze. W mig się podpala. Istny  żywioł. Nie ma na nią temperówki.


N

Nastolatka.

[16.18, przytulne wnętrze ulubionej knajpki, etap pt. delektujemy się świeżo spożytym obiadem]

- Od ośmiu minut jestem nastolatką na legalu!

No… „naście” zobowiązuje…


A

Alarm clock.

- A o której dziś wstałaś?

- O czwartej. Tak, jak sobie ustawiłam.

Ło matko…


Ś

Świeżość.

- O kryste, mamo… teraz tak się to nosi. Chcesz, żebym z siebie głupka zrobiła?...

Tylko ona potrafi sprawić,  że czasami czuję się jak trep z epoki dinozaurów.


C

Ciekawość.

- Yyyy… a co to za pakunek, a ten tam w lodówce. A czemu to owinięte gazetą?

- Ej, a kto to zadzwonił?

- A o czym wy tu rozmawiacie?

Kryste..


I

Inteligencja.

Wiadomo, po mnie.

:D


E

Entertainment.

Nie ma takiego nawału obowiązków, nie ma takiego natłoku zdarzeń, nie ma tylu right-here-right-now-rzeczy do zrobienia, które nie mogłyby poczekać aż się dziecko wyrozrywkowuje do stanu ukontentowania.

Nie ma.

Hedonistka pełną gębą.




………………….


jedenaście. [jak to?! kiedy?!!!]

kolejny rok do kolekcji...

Hip, hip, hurra!

środa, 19 czerwca 2024

Dekada, czyli I’ve got a question. Or even TEN.

 

Lubię ten mój coroczny rytuał. Tę chwilową reanimację, podczas której pierdyliarem dżuli wstukanych liter zasilam blogową emanację Duni.

Siadam po raz dziesiąty do dobrze mi znanej ceremonii z wirtualnym zdmuchnięciem kolejnej świeczki.

Uwierzcie lub nie, ale myślę w tej chwili o wszystkich tych superbabkach, dzielnych dziewczynach, blogowych ciotkach. Myślę o Was, laski.

Wy też macie dziatwę, która dałaby się opisać na przestrzeni minionej dekady.

Właśnie, dekada.

Tyyyle długich lat. A jednak jakby z bicza strzelił.

…

- Mommy, how are you feeling today?

Słyszę to bez mała codziennie. Zawsze pytaniu temu towarzyszy autentyczne zainteresowanie. I chęć opowiedzenia, jak tam z tym ‘feelingiem’ u niej.

Cieszy mnie to.

…

- Mom, can I have some juice?

Mamy tzw. szwedzkie słodkie weekendy. Nie jadamy słodyczy w dni powszednie, w soboty i niedziele za to hulaj dusza, piekła nie ma. A jak już to posypane ono  erytrytolem albo polane syropem klonowym.

I podsypane karobem.

Dunia wzrasta wraz z rosnącą świadomością tych dobrych rzeczy do spożycia. Docenia je. Odmierza sobie kuchenną miarką ilość soku do wypicia.

- Na dziś to wystarczy. Nie chcę źle się poczuć.- mówi.

…

- Can I record a short movie? – pyta.

Oddanie jej telefonu na tzw. minutkę, to pozbycie się aparatu na minimum godzinę. ‘Short movie’ bowiem to pojęcie względne.

Nagrywa, dodaje filtry, robi muzyczne podkłady, slow mo i tym podobne cuda. Ja nie ogarniam, ona aż za bardzo.

Trochę mnie to martwi.

…

- Can we play? I spy with my little eye… - mówi, gdy idziemy z ronda w kierunku szkoły.

Dwa lata to praktykowałyśmy. To chodzenie do szkoły.

W trzecim nam się ulało.

…

- Jesteś pewna, że chcesz spróbować edukacji domowej? Nie będzie ci brakować koleżanek z klasy?

Była pewna. 

Nie brakowało.

…

- Mommy, can I watch something on TV?

„Marta mówi” sprawdza się od lat.

Wszyscy uwielbiamy tę biszkoptową labradorkę.

…

- Uczeszesz mnie?

Już raz skracałyśmy te megadługie blondwłosy. Ile nerwów z ich rozplątywaniem było, tego nie zdołam zliczyć. Ale jak już je rozpuści, efekt jest powalający.

Acz z deka splątany.

…

- I’m sooo excited! Moje urodziny już jutro! – mówi mi we wtorek.

A potem wyłazi z wyra, by poinstruować mnie, że gdyby mi się spać nie chciało, ma dla mnie poradę – mogę liczyć owce. A gdyby jednak ich liczenie mi się znudziło, mogę przerzucić się na gęsi, wyobrażając sobie, jak te przeskakują nad chmurami.

- Ech, owco jedna, idź ty może w końcu spać. – mówię.

I oklejam pierdyliard książek w ozdobny papier dla mojego dziesięcioletniego mola książkowego na prezent.

…


- Mogę poczytać? Mogę trochę porysować? Mogę poszydełkować?

Pyta Dunia, z mojego punktu widzenia zupełnie niepotrzebnie.

- Dziecko drogie, po co w ogóle pytasz, nie musisz ze mną uzgadniać takich rzeczy. – odpowiadam.

Pokłosie szkolnego rygoru..?

…

- I've got a question. Mommy, jak powiedzieć ‘ że’ po angielsku?

- Na ogół ‘that’ powinno wystarczyć. – odpowiadam.

- Mommy, do you know THAT you beautuful. THAT you ARE beautiful? – poprawia się w ułamku sekundy.

- Really..?

- Yes!

- Mommy, do you know THAT I love you? – upaja się tym ‘że’ moja dziesięcioletnia już za paręnaście godzin Dunia.

- I do. And I love you more. – odpowiadam.


Bo tak jest.

…

- Mommy, how are you feeling? [a nie mówiłam, że słyszę to codziennie?]’Cos I’m feeling wonderful.

…

Wonderful, powiadasz.

No to oby tak zostało, Duniu moja kochana.

Tysiąc sto lat!



poniedziałek, 19 czerwca 2023

Dziewięć światów

 

- Nie ma mowy! Nie będę mieć żadnych dzieci. Koniec, kropka.

 

30 lat temu jako zaawansowana nastolatka miałam bardzo sprecyzowaną wizję swojej przyszłości.

Co za szczęście, że mi przeszło. Żaden koniec, żadna kropka.

Trochę ponad dekadę temu moje niegdyś nastoletnie zacietrzewienie niebezpiecznie pośmiardywało już wykrakiwaniem sobie rzeczywistości wbrew ewidentnej zmianie osobistego nastawienia w temacie życiowego planu ulepienia podstawowej komórki społecznej, dzięki bobu [jak mawiała niegdyś malutka Dunia] rzeczywistość po wielokrotnie pokazywanym mi środkowym palcu w pewnym momencie postanowiła jednak łaskawie ów palec schować na chwilę za plecami.

Jak raz się rozszalał huragan Dunia, tak szaleje tak już dziewięć długich lat.

Czasem mi czapkę ze łba zerwie, tak wicher dmie. Czasem oczy łzawią, tak wściekle tłucze mi w twarz deszczowym grochem.

A czasem cisza nastaje, słońce skórę posmyra, lekka bryza popieści.

Nudy nie ma.

Nigdy wcześniej nie przypuszczałam, że tak wiele można się nauczyć od paroletniego Człowieka. I wciąż liczyć na więcej.

Dziewięcioletnia Dunia jest jak kufer bez dna. Co ręką sięgnę, zawsze coś tam znajdę.

Kamyki w bucie uwierające, słodkie okruchy po pączkach, kolorowe balony, z których nieco uszło powietrze, kleiste strzępki waty cukrowej, zatłuszczony papier po plackach kartoflanych, połamany parasol, buty pełne piachu, kalosze z zaschniętym błotem, koszulki z plamami po paście do zębów, handmade cottonballsy z rajstop ze srebrną nicią, kolorowa papuga, zezowaty kot, pastelowe cienie do powiek, kocyś, półki pełne książek, kabaretki, aparaty, opóźniony autobus, kapcie, których w kółko się zapomina, jajka na twardo, placki po węgiersku, serek z miodem i sushi.

Koniecznie z wasabi.

Wielki to kufer doprawdy, do tego pełen przedziwnych czasem fantów.

Na miarę dziewięciu lat.

Dziewięciu, kurdebalans, światów.




niedziela, 19 czerwca 2022

Kamieni osiem

 

Niedziela to była. Piętnastego.

Wtedy.

O. kończył oglądanie wyścigu, ja się uprzejmie dostosowałam i na KTG wyruszyłam w pojedynkę.

Acz w tandemie. Druga połowa dziewięciomiesięcznego tandemu uczepiona była do mego kręgosłupa na taśmę klejącą. I do pęcherza też  – let us not forget.

KTG – na kategoryczne życzenie położnej – podsypywałam węglowodanami, w postaci Haribo macht Kinder froh … jako  że próżno było doczekać  się zgodnej współpracy ze strony obywatelki uczepionej mych trzewi.

Po kolejnych trzech dniach jasnym się stało, że rzeczona obywatelka postanowiła trzymać się nawet rzepami mego kręgosłupa i bynajmniej nie zamierza umowy o wynajem wymawiać.

Tak jej wygodnie tam było.

W sumie, nie dziwię się. Też bym opony paliła i blokady ustawiała w ramach protestu przed zbyt wczesnym wydobyciem…

Ale że wkrótce różne fochy, muchy w nosie, globusy i inne histerie wyczyniać poczęła, to ja ją wówczas wzięłam, konsekwencją postanowiwszy się wykazać , po całkiem przyjemnym poczęciu na świat wydałam.

Przy wydatnym wysiłku znachorów, co się wzięli i uparli. I w sumie – high time, panowie.

Na świat(!)

I na tym, proszę ja was, świecie, osiem lat już urzęduje, blondyna moja, od kręgosłupa niegdyś odklejona.

…………………………………………………….

A teraz…

… warstwa kleju coraz lepiej odchodzi.

W końcu, po ośmiu latach ma prawo.  Już czas.

Tylko coś mnie w oku piecze. Pewnie piach się dostał…

Kurczę…

W międzyczasie dwa przedszkola nam się przydarzyły.

Dwa miasta do oswajania.

Dwa mieszkania.

Dwa podwórka.

Dwa zestawy terapeutów.

Dwie kolekcje psiapsiółek.

Pandemia, sremia, srykcje, restrykcje…

Sporo, jak na ośmioletnią młodą damę…

Nie sądzicie..?

 

Niemniej.

Osiem.

Za nami.

 

Świecie,

 co trzymasz w zanadrzu..?


sobota, 19 czerwca 2021

Siedem supłów

 

(„Nie przez przypadek poród nazywa się u nas rozwiązaniem, bo na całym świecie uważa się go za zakończenie powiązania matki z dzieckiem” [Polityka nr 23 (3315) 1.06. – 8.-06.2021])

Zakończenie, powiadacie…

Śmiem twierdzić, że po całym tym rozwiązywaniu nastąpiło u nas zawiązanie tak mocne, że nożyc krawieckich , skalpeli chirurgicznych i maczet nie starczy, by cięcia dokonać.

Lata temu żwawo chodziłam, proszę ja was, do luksusów nawykła (święty spokój, cisza, porządek…), później toczyłam coraz to bardziej obła, mikroskopijne ciuszki piorąc, prasując, miłośnie ręką wygładzając niczym żelazkiem.

A jeszcze potem nie spałam. W życiu bym nie pomyślała, że można tak długo nie spać, nie jeść, myć się po łebkach a jednak… przeżyć (!)

A jeszcze potem i potem i potem to już nawet o tych luksusach zapomniałam (święty spokój, cisza, porządek…), i spałam wyrywkowo i w kółko piłam zimną kawę.

O obiedzie (na raty) nie wspominając.

Aż tu nagle rzeczywistość skręciła z autostrady zależności totalnej i wbiła się w lokalne szańce powoli zdobywanej samodzielności.

Wstaje bowiem toto samo, odlewa się bynajmniej nie w pieluchy, za mlekiem z butli nie wyje, książki samo czyta nie łamżąc niegdysiejszym „titamy..?” , z koleżanką z parteru godzinami całymi w zamkniętym pokoju bawić się będzie, kanapkę sobie zrobi, na podwórkowym pezecie samodzielnie się wybuja nie wymagając asysty. Mogę wówczas, jak kiedyś, dekady temu, moja własna matka, przez balkon się wychylić i gębę rozewrzeć: „Duuunia!, do domu!!!!”

I Dunia wraca.

Taka już duża. Taka samosia. Taka coraz bardziej i bardziej dojrzała.

A jednak,

taka (siedmioletnim) supłem ze mną splątana.

Niech wraca.

Niech zawsze do mnie wraca.






piątek, 30 października 2020

Żeż kurrr… jak ja mam dość!

 

To było (i wciąż jest) moje miejsce. To było (i wciąż jest) miejsce wszystkich tych, którzy tu w dowolnym momencie zabłądzili/skręcili bądź też wdepnęli z intencją wdepnięcia, wpisywali się ku potomności, wspierali, negowali, mieli zdania zbieżne bądź odmienne.

Tutaj zawsze byłam i jestem u siebie.

Wtedy, gdy byłam nie-intencjonalnie-bezdzietną- trzydziestką-plus a także wtedy, gdy zostałam intencjonalnie-dzietną-niemal-czterdziestką.

Dlatego też, z tej racji poczucia, iż że jak by nie patrzeć – mój jest ten kawałek podłogi – obok rocznicowych [jak się zdaje]  jedynie urodzinowych Duńczynych wrzutek, zamierzam wystawić niniejszym miskę i ulać wprost do niej żółcią zbierającą się we mnie od lat.

Mam ci ja bowiem dość. DOŚĆ! Po sam czub kokardy.

Mam dość czynienia z tego kraju homo- i ksenofobicznego rezerwatu na tle współczesnej  Europy.

Mam dokładnie po czubek nosa słuchania obetonowanych mentalnie wyznawców KK uzurpujących sobie prawo do urządzania  mi tu wedle swojej wiary krainy dogmatami i wierzeniami urodzajnej.

Dość serdecznie mam upolityczniania wszelkich instytucji i urzędów. Dość mam, PRL-em, który aż nadto dobrze pamiętam śmierdzącego, centralnego sterowania wszystkim i wszystkimi. Mam po kokardę wszechobecnej hipokryzji, nepotyzmu, ignorancji, i ułudnej wiary w to, że wszystek lud tej polskiej ziemi każdą kalumnię, każde łgarstwo, każdą manipulację łyknie niczym pelikan, jeśli tylko opakuje mu się ów towar w odpowiednio skrzący złotem celofan i oprawi ów proces bogobojnym patriotycznym pieniem.

Mam dość tego (nie)rządu, który połamał mi rodzinę.

Który sprawił, że w końcu jasnym się stało, iż jedyne, o czym z rodzonym ojcem w wieku-jak-by-nie-było-senioralnym bez obaw o rękoczyny i rzucanie bluzgów o czym-pogawędzić-by-tu-można,  to o pogodzie jedynie.

Który zmusił mnie do upokarzającej batalii przed sądem, przed stawaniem przed świętymi biegłymi, wszystko po to, by udowodnić, że to niebywałe dobrodziejstwo w postaci możliwości pobierania tzw. świadczenia na dziecko z orzeczeniem o niepełnosprawności , i tak wiązać się będzie z nakazem życia w biedzie, zakazem dorobienia i załatania dziur wszelkich w domowym budżecie.

Mam dość (nie)rządu, który  wbrew obowiązującemu prawu, niezgodnie z prawem powszechnym, w garniturach, pod krawatami i z kwadratowymi hasłami haftowanymi na gębach musztruje mnie w kwestii popylania gdzie bądź w anty-covidowych maseczkach, fundując przy tym ogrom prawnych bubli, niedoróbek i festiwalu niekonsekwencji. W odwłoku mając szeroko pojętą służbę zdrowia.

Wreszcie, mam dość atrapy urzędu dotąd zwanego Trybunałem.

Urzędu, który pod przewodnictwem niejakiej Julii, bynajmniej nie tej od Capulettich, niespełna tydzień temu postanowił zajrzeć w gacie współobywatelkom i i po owym zajrzeniu w bieliznę zdecydować o umeblowaniu im życia tudzież urządzaniu  ich prywatnego sumienia.

Ja się nigdy w politykę bawić nie zamierzałam, ale – niestety – polityka właśnie z buta i prosto w mordę łupiąc wdarła mi się w prywatne progi.

We własne gacie zaglądać będę jedynie ja. Tak tylko zapowiadam.

Od razu też uprzedzam.

Żadne trybunały, żadni starsi panowie z sierścią na pagonach, żadni smutni panowie w czarnych sukienkach nie będą ani mnie, ani mojej córki, ani jej przyszłych dzieci  pouczać, jak ma żyć, tym bardziej jakich życiowych wyborów mam(y)/mają dokonywać.

A tych – praw, znaczy się – odebrać sobie nie pozwolimy.

 

Poszli won.



piątek, 19 czerwca 2020

Bułka wieloziarnista


A w zasadzie nie bułka lecz ciastko. Duńskie. Ziaren zaś sześć.

Do pestek dyni Duni tajemny piekarz musiał był kiedyś dorzucić cichcem garść ziaren uporu. Do tego sypnąć jeszcze wiór(k)ami hardości.  
Dekoracja w postaci kwaskowatego cytrynowego lukru bywa że spłynie nim człowiek zdąży ów specjał choćby liznąć, acz zdarza się, że słodkimi okruchami upaprze się fartuch i oblepi paluchy.

Słodko-gorzki ten mój sześcioletni wypiek na szczuplutkich długich nożynach, z blond warkoczem furkoczącym na wietrze i językiem mielącym miliardy słów dziennie.
Słodko-gorzki, ale… mój jeden jedyny. Niepowtarzalny.
Niejeden ząb już złamałam na tym twardawym na brzegach ciastku, ale nadzienie wciąż pachnie oszałamiająco.

Na sześciolecie, tak jak dwa lata temu, znów faszerujemy płuca jodem i chrzęścimy nadbałtyckim piaskiem.


Mewy krzyczą, fale huczą, w dłoni ściskam spoconą łapkę sześciolatki, gdy ta z malinowymi rumieńcami na policzkach wyznaje mi prosto, poruszająco „kocham cię, mamo”.
I patrzy tymi poważnymi czarnymi ślepiami wprost w moje.
Mówić nie mogę, ziarenka utknęły mi w gardle.

Dokładnie sześć.



niedziela, 9 lutego 2020

Czytata/pisata

Czyta wszystko, co jej w łapy wpadnie.




Czyta swobodnie od roku z okładem.

Czyta na głos tak płynnie, że niejednego dorosłego byłaby w stanie zawstydzić jakością swej czytelniczej werbalnej produkcji. 
Czyta dowolne czcionki, 
czyta do góry nogami, 
w różnych językach,
czekam aż zacznie czytać od prawej do lewej 
bądź od tyłu do przodu.





Czyta, dlaczego morze jest słone, cytryny są kwaśne [mniam…], dlaczego dinozaury wyginęły i czy lemur należy do kotowatych. Czyta w sypialni, kuchni, salonie, toalecie, autobusie i na murach.
[z drżeniem wyczekuję, kiedy padną te wszystkie nieuniknione pytania o te wszechobecne bluzgi na elewacjach wszelakich…te wszystkie antyortograficzne wyznania typu "koham Jolke" bądź też "wybacz mi, Marjola". Innego exemplum nie jestem nawet w stanie przytoczyć ].



Czyta wszystko i wszędzie.

Pisze także(!)
Głównie sporządza własne wersje dzieł literackich, tudzież własne dzieła literackie w wersjach jak najbardziej oryginalnych, produkuje także nieocenione shopping lists.




[jak podaje google translator: pomidory, bułki, twaróg, boczek, świderki, wędlina]

Z podziwu godną nonszalancją godną pięcioipółlatki traktując kwestię spacji między wyrazami.

Nie powiem, 
jak się jest beznadziejnym przypadkiem matki z zaawansowaną sklerozą, 
taka córka bywa istnym wybawieniem.

Nawet bez tych spacji.
Tudzież z kontrowersjami dotyczącymi wężyka przy "ę".

środa, 19 czerwca 2019

Piąta nitka

Doplotła się.
Piąta nić w pajęczynie Duńczynej egzystencji oplotła się wokół wcześniejszych czterech.
I choć na przekór nadziejom, na złość intencjom, na bakier z planami i pomimo rozkwitłych piwonii w Duńczynym bukiecie a kremowych róż w moim ten dzień, TEN dzień(!), nazbyt ochoczo ułożył się za pan brat z powarkującymi psami gniewu i nerwów, to oko się poci a pamiętliwe neurony jak zwykle o tej porze roku z piknięciem w sercu eksplorują meandry pamięci. Cofają się w swej mentalnej tułaczce do tamtego dnia, TAMTEGO dnia(!), gdy urodził się cały mój nowy świat.

I znów nie dowierzam.
Że tym razem to już pięć.
I że to już.
Tak nagle.
No jak to..?!







czwartek, 1 listopada 2018

Migawki pomiędzy

Trochę ciepła rodem z lata, potem nieco chłodu zapożyczonego ze wstępu do długiej, wyczerpującej zimy.
Swoiste preludium do zimowego spektaklu z naprzemiennością szaroburej zgnilizny z jasnośnieżną bielą na niegdyś obutych w zieleń gałęziach.



[pstryk]

Summer's gone - jednoznacznie oznajmia Jimmy Kerr.

Pachnie mi to palonymi liśćmi, wilgotną od deszczu ziemią, suchą trawą, namokłym drewnem, zapowiedzią obłędnego aromatu pomarańczy z rozgrzanymi goździkami, suszonym w trzewiach kaloryfera parasolem, zapachem świeżo upranego grubego swetra...



[pstryk]

Włóczymy się po lesie uprawiając maniakalne wręcz zbieractwo.

- Musiu, a to się przyda..? - zapytowuje mnie Płowa pokazując a to szyszkę, a to liść bądź kamyk...

A jakże.

Rozgrzewamy wosk, rozgrzewamy klej, wymaczamy liście, wylepiamy home-made ozdóbki, cuda i insze wianki.



W tzw. międzyczasie na trasie przedszkole-dom regularnie i zgodnie z właściwym  o'clockiem prowadzam na autobusowy przystanek Dunię.

Dunię wraz z Luną. 
Psem absolutnie ukochanym.
Wypieszczonym.
Jedynym dostępującym zaszczytu sypiania wraz z jasnowłosą właścicielką w tym samym barłogu.

[kto by pomyślał, że raz zakupiony w lokalnym lumpeksie zwierz z ewidentnie przetrąconym karkiem i wywalonym na zewnątrz jęzorem okaże się bezgranicznie wielbionym futrzakiem…]

- Musiu, sprawdziłam, autobus będzie o szesnastej. - oznajmia mi córka, w nosie mając fakt, iż jest wpół do drugiej po południu raptem.




Ta sama córka nierzadko już o dziesiątej rano powiadamia mnie, iż wstała dziś o siedemnastej.

- We’d wish… - zwykliśmy wówczas mawiać wraz z O.

Nie wiem, doprawdy, skąd w niej to upodobanie do późnych godzin popołudniowych.



[pstryk]

Zaczyna czytać.
Składa sama sylaby.

- Pu, pa…, musiu, wiesz, że ja dzisiaj przeczytałam słowo ‘pupa’?! - chwali mi się po zajęciach.

Faktycznie. 
A obok marketu z biało-oranżowym logo mogłabym spokojnie przejeżdżać z zamkniętymi oczyma.

- O-bi, musiu! - wykrzykuje z tylnego siedzenia bystra blondyna. - Jedziemy po roślinki? - dopytuje ze znawstwem małoletniej potomkini botanicznej maniaczki.

.................................................................................................................

Zaczęła sama pisywać swoje książki.

O, matko.

Lektury miewam... hmm... absorbujące.
...................................................................................................................

Tymczasem godzinami wysiaduję klnąc nad zabytkowym Singerem, w uszy sączy mi się muzyka, a ja szyję pościele, poszwy, pledy...

Zabezpieczam się ciepłowniczo na długi, zimny czas...?

Samotny i trudny.

wtorek, 19 czerwca 2018

Kipi kasza, kipi groch,

ukończony czwarty(!) rok.

- A ile ty masz lat? – dopytuje pani sąsiadka co jakiś czas wożąca się z nami windą na poziom parę pięter nad nami.
- Oj, z dziesięć… - odpowiada Dunia zadziwiając mnie swoją matematyczną fantazją.
- Ejże, coś mi się nie wydaje – rzecze na to nie dowierzając pani sąsiadka [i słusznie].
- Dziesięć, dziesięć. – brnie dzielnie moja mała blondie.
Kiwając energicznie łepetyną stara się dodać sobie pięć deka wiarygodności.

- Za lat paręnaście zacznie sobie odejmować. – Mruga do mnie okiem rozbawiona sąsiadka, gdy rozbrzmiewa wreszcie nasze ‘do widzenia! Duniu, pożegnaj się z panią”.

Póki co jednak, Mała – choć wcale nie taka mała, bo to w końcu metr dziesięć, a nawet ciut więcej – ochoczo sobie dodaje.

Mimo wszystko matczyny licznik bije i sumiennie odlicza.

Cztery.
…
…
…?!
CZTERY????????????????!!!!!!!

Powielę banały, jakie można usłyszeć z ust niejednego rodzica: Nie wierzę.
Nie wiem, kiedy te cztery przemknęły. Gdzie dokładnie wsiąkły. Gdzie się rozpuściły.
Nie no,  niby dobrze wiem, ale jednak, jak to?! Gdzie?! Kiedy?? Czemu tak szybko???!

Kolejny rok składam niniejszym w kosteczkę, doprasowuję dłonią i układam w malowanej skrzyni.
Dokładam do trzech poprzednich.
Zdmuchuję wyimaginowany pyłek.
Wygładzam zmarszczki pamięci.

Moja córka...
Przymiotniki lgną do niej jak trzmiele do naszych wspólnie posadzonych kwiatów.
Trudna.
Bystra.
Wymagająca.
Chimeryczna.
Nostalgiczna.



Jedyna.

Jedna jedyna na zylion.


Moja. Czteroletnia. Córka.

To brzmi dumnie.


niedziela, 27 maja 2018

Omnia tempore arte

- ...a dalej są oczy, uszy i nos. Jak serducho. [no faktycznie] - opisuje swe (arcy)dzieło małoletnia Autorka.
- A to tutaj? To mocno czerwone? - dociekam.
- To? To jest serce. - odpowiada mi artystka.

............................................................................................


- Ty, a widziałeś, że jestem anatomicznym dziwadłem? Serce mam NAD biustem! - zauważam.
[jako że moje dziecko nie omieszkało umieścić i tego anatomicznego szczegółu na swym dnio-matczynym arcydziele]. - No, chyba że to nie biust a jakaś - bo ja wiem? - apaszka..?...- dywaguję.
- Nie, nie - odpowiada ojciec artystki - dobrze widzisz, dziecko mnie informowało w trakcie odbębniania procesu twórczego, że najpierw odrysowuje ci biust, a dopiero potem leci reszta.

Co za szczęście, że Dunia nie widziała jeszcze "Lekcji anatomii doktora Tulpa"...

Nie daj bóg zechciałaby sporządzić autorską kopię tegoż.


.............................................................................................

- No dobra, a co ja tu w ogóle robię? - dopytuję niezmordowanie.
- Tańczysz. Mama tańczy. - odpowiada mi córka.

- Acha...- kiwam głową boleśnie świadoma swych tanecznych talentów.

[bowiem kij od mopa wygrałby ze mną na wyprzódki i męczy mnie myśl, iż oto wydałam na świat dziecko, które niespełna czteroletnim talentem zdolne jest oddać czerwoną kredką mą taneczną niezborność]

Do tego przeokrutnie usiłuję nie skupiać się na tych trzech (TRZECH!) lichych włosach wyrastających mi z czaszki.







wtorek, 3 kwietnia 2018

Dr Jekyll & Miss Hyde

- Oj, mamuśu, mamuśu… [cmok w policzek, chwilę potem ciach, pierdzioszek w szyję], mój ty nochalku mały, ojej!, ale masz zimne łapki… -szczebiocze Dunia, hojnie rozdając swoją dziecięcą, zmałpowaną od dorosłych czułość, którą spokojnie moglibyśmy w kostkach po 250 g sprzedawać.

- Potszebuje się p(rz)ytulić – oznajmia innym razem z buzią wygiętą w podkówkę, po czym silnie przywiera mi do żeber. – Juuuż. – stwierdza i ulega odklejeniu od mego ciała.

Zgrzana jej ciepłem, nadtopiona jej emocjonalnością niechętnie wypuszczam swoją (niemal już) czterolatkę z objęć.

- Boli cie? Gdzie cie boli? – docieka razu pewnego, gdy uchlastawszy się świeżo naostrzonym nożem wyrysowuję sobie na kciuku krwawą krechę. – Zaczekaj, zaraz przyniosę ci plastejek.

I leci do swego kufra z pierdyliardem dziecięcych przydasiów, po czym ze zmarszczonym czołem, uważnie przytwierdza mi (najczęściej kompletnie wyimaginowany) plastejek we właściwym miejscu.
Krwawa krecha w trymiga goi się sama od rozrzewnienia, które w tym momencie rzuca mi się na rozmiękłe serce.

Na pocukrowe womity, na pomiodną zgagę, na rozrzewnienie zwojeń mózgowych tudzież rozmiękczenie mięśnia sercowego najlepsze antidotum stanowi psychiczny przechył w drugi biegun.

Oto Miss Hyde w pełnej krasie.
Jak ta lala.
Oto, proszsz państwa, oto, droga publiczności, prawdziwa odsłona rodzicielstwa.

Oto bowiem, dziecięca wersja klinicznej cyklofrenii,
czyli granat z impetem rzucony w rozgorzałe ognisko.

Odbezpieczonym granatem może być cokolwiek.
COKOLWIEK, droga Publiczności.
A bo nie ta pasta do zębów, nie ten dżem do kanapki, a bo „szeeew!!!!” w naciąganej właśnie na odnóże nogawce rajstop, bądź też niemożność przypięcia klamerkami ukochanego koca do rozwartego celem wysuszenia mokrego parasola [autentyk, psia mać]; a bo „swędzi mnie noga”, tymczasem (durna) matka zapomniała balsamu, następnie (uparta) matka uporczywie odmawia spełnienia żądania natarcia swędzących obszarów smalcem i łojem;  a bo za późno zareagowałam, za mało mam rąk, za wolno się woda gotuje, za  szybko umyka kot…

Odbezpieczony granat jest wszędzie.
Tkwi w lodówce, łazience, łóżku, na kanapie, w samochodowym foteliku, rękawie kurtki, czapce naciąganej na uszy, gabinecie lekarskim nawiedzanego przez nas znachora, szafce z ciuchami, pudełku z kredkami, na talerzu z obiadem… [ale ja nie chciałam cukinii!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!],
na klatce schodowej (te windy, do licha, naprawdę jeżdżą zbyt wolno), w urzędzie [ja juz sce iść!!!!!!], podczas kąpieli [za zimno!/za gorąco!], przy podwieczorku [ale ja ściałam dżem agrestowy a nie truskawkowy!]
No masz ci los...

Śmiem twierdzić, iż własne mieszkanie mogłabym śmiało obwołać wojskowym poligonem.
Jeno hełmu i czołgu mi brak.
Tak oficjalnie.
Bo na mentalnym stanie zbrojeniowym to u nas i moździerze, i armaty, i kałasze, i bomby wodorowe... Do wyboru, do koloru.

A potem,
potem, gdy stoję dysząc ciężko nad blatem kuchennym (wierzcie mi, piżgnięcie ostro drzwiczkami od szafki i te wszystkie k@%$#^y rzucane pod nosem ostro drenują z sił witalnych), słyszę z pokoju:

- Mamaaa…, maaaamaaaa…
- Co jest? – rzucam krótko wciąż nabuzowana cyklofreniczną adrenaliną, tudzież kortyzolem pod nieboskłon.
- ...bo ja bym cie ściała przep(r)osić. – oznajmia mi czerwonokulfoniasta ma córka.

Wówczas witki mi miękną.
I opadają z furkotem.

Do kolan.

środa, 21 marca 2018

Heart of Gold

- Tata ma złote serce, mamo - wyrzekła nagle Dunia siedząc pośród zabawek.




Siedziałam z tym złotosercym bohaterem właśnie przy stole, mało nie udławiwszy się obiadem.

- Taaak..? - O. nie udało się ukryć lekkiego zaskoczenia.
- Tak - pokiwała głową córka. - Masz złote serce, bo jesteś ładnym chłopcem i opowiadasz mi bajki.

- Mamie opowiadam jeszcze lepsze bajki - odparował  O. na te małoletnie wyznania.


Nie zaprzeczyłam.



piątek, 16 lutego 2018

1326

Dokładnie tysiąc trzysta dwadzieścia sześć dni bezustannie pełniłam matczyny dyżur. 
Do dzisiejszego popołudnia nie spędziłam bez Duni ani jednego dnia. 
Ani jednej nocy. 
Dziś jednak kostium matki na dwie doby odłożyłam do szafy, klucz do niej na dwie doby odwiesiłam na kołek.

Gdy zamknęłam za nimi drzwi, uderzyła mnie cisza dzwoniąca w czterech ścianach.
W gardle urosła mi klucha, oko się lekko spociło.
A potem uprzątnęłam klocki, którymi w swej łaskawości ma córka uprzejmie zezwoliła mi się pobawić podczas jej nieobecności, zjadłam jak człowiek [czyt. bez małoletniego sępa wiszącego nad mym talerzem], zmyłam pół tony garów po uskutecznianiu produkcji serduszkowych placków i… złapałam się na planowaniu serii porządkowo-sprzątaniowych działań domowych [wiecie, te okna do wypucowania, te podłogi do wyfroterowania, kocie kłaki do wymiecenia..]

To był ten moment, by mentalnie się spoliczkować.

Ech, matka na dwudniowych wakacjach…





Całe szczęście, że na pociechę matce latorośl pozostawiła wypindrzonego Romana.


środa, 18 października 2017

Orzeczenie, punkt 7., czyli jak system robi rodzica w ciula

[retrospekcja]
Dunia ma rok z dwumiesięcznym haczykiem. Od czterech miesięcy jest jednoznacznie zdiagnozowana w kwestii niedosłuchu.  Od trzech miesięcy jest rehabilitowana surdologopedycznie.  
Za miesiąc dopiero dowiem się o zaburzonej integracji sensorycznej. W międzyczasie prowadzący nas audiolog wydaje zaświadczenie o stanie zdrowia. Gromadzę resztę niezbędnej dokumentacji i zgodnie z poleceniem ([w przeciwnym razie nie dostaną państwo dofinasowania do zakupu aparatów słuchowych.!; gdy przeglądam ceny tychże, robi mi się cokolwiek słabo]) składam wniosek o powołanie komisji mającej wydać Duni orzeczenie o niepełnosprawności.
Komisja się zbiera, komisja bada, komisja analizuje.
Dostajemy orzeczenie. 
Jeszcze wtedy nie wiem, nie ogarniam, że w treści tego dokumentu najważniejsze w tamtej chwili są dla nas dwa punkty – siódmy i ósmy.
Ten pierwszy mówi o całkowitej zależności naszego dziecka od osoby dorosłej. Ten drugi – o potrzebie uczestniczenia rodzica w procesie rehabilitacji dziecka.
Zgodnie z wymaganiami postawionymi mi przez państwo chlubiące się krzewieniem polityki „prorodzinnej”, rozwiązuję swoją umowę o pracę, bo tylko wówczas mogę ubiegać się o wypłacanie mi świadczenia. To świadczenie ściśle powiązane między rezygnacją z zatrudnienia a osobistą i stałą opieką nad moim dzieckiem.
System wydaje się patologiczny. 
Polityka „prorodzinna” żąda niniejszym od rodzica dziecka o większych niż przeciętne potrzebach zupełnej, ZUPEŁNEJ rezygnacji z jakiejkolwiek pracy, by mógł zostać w domu i nadzorować bezpośrednio proces rehabilitacji.
Na poczet mojego ubezpieczenia i opłacania mi składek emerytalnych nie wolno mi niczego.
Nie mogę pracować dorywczo, nie mogę podjąć się choćby umowy-zlecenia. Gdybym miała taką możliwość, nie mogłabym nawet zacerować znajomym podartych gaci odpłatnie bądź wynająć własnego mieszkania w celach zarobkowych.
Za to żąda się ode mnie wprowadzenia we własną rodzinę elementu destabilizacyjnego w postaci rozwiązania umowy o pracę i dobrowolnego wysłania się na bezrobocie.

Dunia jest jednak bezsprzecznie ważniejsza niż wszelka systemowa patologia. 
Oficjalnie zatem zostaję matką bezrobotną, na państwowym garnuszku z przyznanym czasowo świadczeniem na dziecko z orzeczoną niepełnosprawnością.


Mijają dwa lata.

Dwa lata wypełnione bezustanną terapią.

Przez ten czas tydzień w tydzień zawożę swoje dziecko na zajęcia z surdologopedą i psychologiem.
„Popsuta” integracja sensoryczna jest już bowiem faktem; za sobą mamy fizyczne usprawnianie Duni [dzięki czemu w wieku półtora roku staje wreszcie sama na nogi i czyni pierwsze kroki].
Gdy moja córka kończy dwa i pół roku, niechcący, przypadkiem dowiaduję się, że z racji deficytów przysługuje jej WWRD, czyli wczesne wspomaganie rozwoju dziecka. Szperam w internetowych dziuplach i dowiaduję się, co powinnam przedsięwziąć, żeby owe WWRD z systemu wydusić.
Trafiamy do niepublicznego przedszkola, które zatrudnia tylu terapeutów, że szczęka opada.
Będę mogła ogarnąć terapię niemalże w jednym miejscu! 
W sercu grają mi fanfary, na rozgorączkowaną głowę sypie się confetti.
Wdrażamy zatem rehabilitację w ramach WWRD.

No fajnie, ale szału nie ma. 
System dopuszcza od 4 do 8 godzin miesięcznie specjalistycznej terapii. Z uwagi na powszechnie uskuteczniane oszczędności, moje dziecko dostaje zatem ustawowe minimum – cztery-bida-godziny miesięcznie. 
Dwie z neurologoepdą, dwie z panią od integracji sensorycznej.
Pomiędzy nimi standardowo – dotychczasowa surdologopeda i pani psycholog.
Niby mało tego a jednak jest co robić i nie sposób się nudzić.

Znów zupełnym przypadkiem, jako że w tym nadwiślanym kraju brak stanowiska kogoś w rodzaju koordynatora rodziny z dzieckiem z dysfunkcjami, dowiaduję się, że jak tylko Dunia skończy trzy lata, będę mogła ubiegać się o wydanie orzeczenia o potrzebie kształcenia specjalnego.
Znów przekopuję chaszcze internetów. 
Dowiaduję się, składam wnioski, papierki, papierki, papierki…
Dostajemy orzeczenie.
Tym razem ustawodawca okazuje się bardziej szczodry. Przepisy pozwalają na wdrożenie (w porównaniu do wcześniejszej terapii) istnego magapakietu.
Na gębie wykwita mi banan, w sercu mam motyle, do przedszkola na kilka godzin dziennie (DZIENNIE!) w świetle prawa mogę oddać córkę na mnogość specjalistycznych zajęć terapeutycznych.
Zajęcia z psychologiem, neurologopedą, pedagogiem, kyno-  i fizjoterapeutą, do tego integracja z rówieśnikami, terapia SI… 
Rewelacja!. 
Nareszcie Dunia ma zapewnioną kompleksową fachową rehabilitację.
W niejednych zajęciach muszę uczestniczyć osobiście.
To, co obserwuję, czego uczę się od terapeutów, wykorzystuję w ćwiczeniach w domowych warunkach.
Terapia Duni bowiem nie kończy się na wizycie w gabinecie specjalisty. To dopiero początek. Resztę musimy dopowiedzieć my – rodzice.

[stan aktualny]
Mamy zatem wdrożone kształcenie specjalne.
Z początkiem września tego roku składamy też wniosek i właściwą dokumentacją w sprawie wydania kolejnego orzeczenia.
W wyznaczonym terminie dwuosobowa komisja zbadawszy Dunię stetoskopem, obejrzawszy jej brzuch(!) i wysłuchawszy naszych odpowiedzi na pytania w stylu „Rodzina pełna?”, „Dziecko chodzi do przedszkola?”, „Jaką ma terapię?” jednoznacznie i kategorycznie orzeka, że „niezbędny jest udział opiekuna prawnego w procesie leczenia i rehabilitacji dziecka”, jednocześnie jednak odbiera mi osławiony punkt 7., czyli neguje konieczność mojej stałej opieki nad rehabilitowanym bezustannie dzieckiem, de facto czyniąc mnie od tej chwili jednostką bezrobotną i nieubezpieczoną.

Opcja pierwsza: idę do pracy. Skutek: Dunia zostaje pozbawiona możliwości wszechstronnej rehabilitacji.
Opcja druga: zostaję, jak dotąd w domu, doglądam terapii, wożę, odwożę, zaprowadzam, odprowadzam, ale… żyjemy z jednej pensji. Ojca Duni. Ja jako matka pozostaję wyrzutkiem społeczeństwa. Bezrobotnym, nieubezpieczonym, bez składek emerytalnych. 



Jestem zatem mamą dziewczynki o większych niż przeciętne potrzebach.
Zostałam zmuszona przez patologiczny system do porzucenia pracy i wprowadzenia destabilizacji w sytuację własnej rodziny.
Z jednej strony właściwą ustawą państwo dało mi możliwość wdrożenia wszechstronnej rehabilitacji.
Z drugiej – okrojonym orzeczeniem tę możliwość niniejszym mi odbiera.


Ogłupiałam.
Ogłupiałam doszczętnie.

Po raz pierwszy w życiu czuję się dotknięta skrajną niesprawiedliwością. 
Pokrzywdzona.

O nie, przepraszam, to moja Dunia niniejszym zostaje skrzywdzona i sprowadzona do roli bezwładnego tobołka.

- ...że też państwo nie może pojąć, że jeśli na tym etapie pozwoli uczestniczyć rodzicowi w procesie terapeutycznym swojego dziecka, później owe dziecko żadnej pomocy najpewniej potrzebować już nie będzie... - rzekła nasza surdologopeda z posępnym kiwaniem głową wysłuchując mojej relacji.


Otóż to.

Państwo prawa, psiakrew.




PS.
Jeśli wśród Czytelników znajdują się osoby w podobnej sytuacji do mojej, bardzo proszę o kontakt.
Najprawdopodobniej czeka nas sądowa przeprawa, wdzięczna będę za każdą formę wsparcia i pomocy.









środa, 4 października 2017

Osiem

Osiem lat razem.

Niby klasyka, no bo w końcu dziecko, kredyt, kot, skarpety co rano zbierane z pokrywy pralki, kanapki do pracy, cotygodniowy rytuał zakupów spożywczych, zaznaczony na ściennym kalendarzu miesięczny grafik wizyt u lekarzy, terminy zwrotu książek do biblioteki, przegląd auta, zajęcia z terapeutami, rodzinne rocznice i inne notatki ku pamięci.
Do tego front lodówki wytatuowany zdjęciami, kartkami, post-it – notes i innymi przypominajkami.
[o, na ten przykład, w sobotę trzeba odebrać płaszcz od krawcowej]

No dobra.
Dziecko wspólne.
Ale.
Kredyt mój osobisty, jeszcze z dawien dawna.
Nazwisko też.
Kot - tak samo.
[ta czarna małpa wydrapała kolejną dziurę w swoim kojcu. niech wie, menda jedna, że nie zamierzam kupować jej nowego– odgraża się O. kociej dziwie]

Mimo wszystko, obecnie dużo więcej tego, co w zbiorze wspólnym, niż w tych osobnych.

Poczucie humoru, godziny przegadane na bosaka w kuchni, miłość do morza, piękna i słowa pisanego; zamiłowanie do Ordnung muss sein,; zgoda charakterów; koktajl temperamentów, a do tego gęsty, pożywny sos poczucia wspólnoty, lojalności i porozumienia dusz.

Jak co roku, oszałamiający florystycznie bukiet.
Moja dłoń w jego.
Ciepły uśmiech i [zrób mamie pierdzioszka na szyję, tato!] buziaki w kark.

Śmiejemy się.

Cztery lata temu, dokładnie w połowie tego, co mamy teraz, moje marzenie skoncentrowane było na tym, by czterolecie można było podsumować nowym życiem.
Wówczas nie wiedziałam jeszcze, że nasze wishful thinking ma wielką moc ziszczenia i objawi mi się zamiłowaniem do pożerania marynowanej papryki, tudzież pieczarek, w ilościach hurtowych.
Bez cienia zgagi.

Tym razem, gdy drugie tyle za nami,  a wishful thinking skażone jest już cynizmem upartej rzeczywistości, rzeczywistości, która co i raz wypina się na nas odwłokiem, w związku z czym pora najwyższa myśleć nad reformą sytemu marzeń, a do tego wicher potępieńczo wtóruje za oknem…

… i tak, myślę sobie:


szczęściara ze mnie.

Mimo wszystko.

I z powodu tego wszystkiego też.

sobota, 26 sierpnia 2017

Opary


- Mogę zabrać pieska? - pyta Dunia tuż przed wyjściem z domu do sklepu.
- Nooo... możesz, ale pamiętaj, że jak wczoraj go wzięłaś, to po jakimś czasie marudziłaś, że cię ręce bolą, że ci ciężko.
- A czemu było mi ciężko?
- Bo zadziałało prawo ciążenia. - wtrąca na to O. - Na twoje ręce oddziaływał ciężar pieska, a ciężar pieska to przyspieszenie ziemskie które wynosi 9,87 m/s do kwadratu pomnożone przez masę pieska. Zaś co do  masy to jest to miara ilości materii. - uzupełnił O. w ramach wyjaśnień końcowych.

Dunia wydała się ze wszech miar usatysfakcjonowana.
Wnoszę powyższe z braku dodatkowo zadanych kwestii do rozwikłania.

[matka ów wywód podziwia, jako że matka nie pojęła przemowy od mniej więcej 'Na twoje ręce...' po '...ilość materii']

Żyjemy bowiem, widzicie, w oparach pytań.
Żyjemy w oparach pytań sprzężonych ze zrodzonym w rodzicielskich trzewiach imperatywem natychmiastowych odpowiedzi.
Pytań jest pierdyliard, odpowiedzi zaś pierdyliard sto tysięcy dziewięć.
Jako że każde pytanie generuje odpowiedź, odpowiedź natomiast jest w stanie wykrzesać natychmiastowe pytanie z puli dodatkowych, to z kolei prowokuje bujne odpowiedzi na najbardziej nawet podstawowe pytania egzystencjalne.

[- Osa wleciała, wołaj tatę. - rzucam na wpół histerycznie znad stołu pośrodku śniadania.
- A co żeby nie było? - kontruje mi filozoficznie córka, konsekwentnie usiłująca dociec praprzyczyn wszelkich przedwsięwzięć zanim podejmie jakąkolwiek aktywność werbalno-fizyczną]

Jako rzekłam, żyjemy w oparach.

Czasami w oparach absurdu.
Bywa, że w oparach rodem z filmów Staszka Barei.

- Poproszę keczup! - domaga się Dunia. - Uuu... musiu, a co to jest..? - przeprowadza następnie drobiazgową analizę moja córka dziobiąc widelcem kawałek wysmażonego na złoto kurczka. - Pomidor?! - Wykrzykuje z wyrazem najwyższego zdegustowania. I odsuwa ów na bok. Jak najdalej od siebie, odpowiednio krzywiąc usta i marszcząc czoło.
- Nie lubię. - oznajmia wówczas światu małoletnia malkontentka z kurczakiem skażonym pomidorem na pół kilometra od siebie.

Keczup - yummy, yummy in my tummy.
Pomidor - I no like.

Acha.
Hmm.

---------------

Opary bywają  mocno, MOCNO niekonsekwentne.

- Musiu, nie chcę, żebyś chodziła do kuchni - oznajmia mi moje dziecko mniej więcej w co drugi wieczór.

Rytuał.
Odkładam do wyra, buźka w czółko, samoloty (czyt. kręcenie potomkinią niemal do zerzygu tuż przed desantem do łóżka), odpalanie kolorowych lampek na tzw. wieczorne smutki, przytulanie, pocieszanie...

- Musiu, chciałabym, żebyś poszła do kuchni, wtedy coś ci opowiem.

Hmm.
Czasem się gubię w tych dziecięcych życzeniach rodem z bajki dla małoletnich królewiąt.

---------------------------
- Spójrz tylko, - mówię do O. - gdzie twoja córka umościła dziś sobie miejsce do czytania.
- No ba, - rzecze ojciec domorosłej Czytelniczki - każde miejsce dobre.

Zwłaszcza jeśli to porcelitowy łazienkowy mebel.



---------------------------


Nie tylko dziecięce umysły spowite bywają w opary.

Te dorosłe także.

- Taka śliczna dziewuszka, ja się nie dziwię, że państwo prą ku kolejnemu dziecku - rzecze mi moja doktor, od wielu, wielu miesięcy aż nazbyt często widywana z bliska.
[w zasadzie śliczność dziewuszki to nie priorytetowy powód, ale niech będzie]

Doświadczam paradoksu relacji lekarz-pacjent.

Robi mi się ciężko na duszy, gdy muszę do niej pójść na kolejną wizytę dowodzącą tego, że wszelkie jej pomysły na ewentualną poprawę sytuacji spełzają na niczym.

Przed nami ostatni już taki nabrzmiały od potencjalnych możliwości miesiąc.


Opary bowiem z czasem przybierają formę toksycznych psując wewnętrzny mikroświat.

---------------------------------

Z usiłowaniami rozszerzenia owego mikroświata,
przy jednoczesnej próbie pozostania w stanie umysłowej równowagi pozostawiam,







leśna