I nagle jakby ktoś przyłożył długą linijkę i machął przy niej grubą, prostą krechę odcinając pewien obszar i wyznaczając nową przestrzeń do zapisania.
Nagle uświadamia sobie człowiek, że ten krasnal z rozrzewnieniem oglądany na starych filmikach to przecież dziecko jeszcze, maluch, z uzębieniem pełnym mleczaków. Na dokładkę ten krasnal coraz bardziej staje się mieszkańcem krainy wspomnień, wypartym przez obecną jego wersję.
Nagle uświadamia sobie człowiek, że już tyle rzeczy przeminęło, uleciało jak dmuchawce na wietrze. Już nie ma trzymania za małą, ciepłą łapkę przy przechodzeniu przez ulicę. Już nie ma wspólnego czytania książek. Nie ma też krojenia kanapki na kawałeczki, zaplatania warkoczyków, pomagania przy kąpieli, zawożenia na zajęcia i prowadzania na pezety przez innych zwane placami zabaw.
Wygaszało się to tak powoli, powolutku... takie ścichapęki chyłkiem, ukradkiem, niby przypadkiem, że może nie widzę, nie zauważam, nie zwrócę uwagi... aż tu nagle okazuje się, że skończyło się to wszystko w trybie dokonanym, skutecznym i do tego niedyskutowalnym.
Bezpowrotnie.
Nikt mnie o zgodę nie pytał, nikt nie dociekał, czy sobie życzę, czy uważam, że już pora, że czas. Fakty są takie, że krasnalowata poczwarka przeistoczyła się w ćmę zwaną nastolatką . I tak to się oto rzeczy mają, że płowowłosa Dunia uprzejma była przerosnąć mnie o centymetr, przeżyć [tudzież przeżuć] pierwszego boyfrienda na seriously poważnie i naumieć się takiej samodzielności, że aż mnie czasami ciut, ciut zatyka i ściska imadłem serducho.
Ciup, ciup... jak mawiała Dunia będąc krasnoludkiem.
Nagle.
Się stało.
Bim-bam-bom.
Dwanaście! - wyskoczyła kukułka.
