Czasami to po prostu człowiek ma dość.
Po samą kokardę.
Nic, tylko trzaskać ostentacyjnie drzwiami, walić łbem o ścianę, drzeć posiwiały włos z
głowy i pobierać czysty ruski spirytus wprost do krwioobiegu.
[marzenie…!]
Czasem brzemienna w dziecko rzeczywistość ni cholery nie chce
przypominać obrazków ze słodkimi aniołkami generowanymi przez reklamowych
czarodziejów.
Ni diabła nie
przypomina tych ksylitolem dosłodzonych rumianych bobasków w czystych(!) przez
cały boży dzień ałtfitach, grzecznie
zgarniających środki spożywcze z podsuwanych doń łyżeczek, równie grzecznie
przeglądających poprawne w treści książeczki, bawiących się bez protestów autem/lalą/balonem/bączkiem
czy innym kolorowym gadżetem.
Niedrących się.
Nieskomlących niewiadomoczemu.
Niejojczących.
Niekopiących w ścianę tym intensywniej, im
częściej im się powtarza głosem matowym od bezustannej i nieefektywnej repetycji
„Nie kop, bo będzie ‘ała’”
[a potem zawsze jest to
cholerne ‘ała’ i weź, matka, ratuj]
Czasem w tej macierzyńskiej
rzeczywistości trafia się absolutne dno.
D.N.O.
I tak jeszcze z dziesięć metrów
niżej.
Nic nie wychodzi.
No żeż, kuźwa, nic.
Dziecko [z właściwymi sobie atrakcjami akustycznymi] się dąsa, pod oknem z
łoskotem zrzucają szklane odpadki, od decybeli czego uszy rozpadają się na
drzazgi; sąsiad sufit nad nami z uporem wierci trzeci dzień z rzędu, a
listonosz zawsze dzwoni nie w porę, i to wcale nie dwa, a osiemset razy co najmniej…
A jednak najczęściej to sama
następczyni tronu + jej fochy wystarczają, by marzenie o kolejnych jej podobnych energicznie
odsuwać na pięć metrów od siebie, chłopa dyszącego zgubną żądzą przeganiać chochlą byle dalej, i to bez konieczności wdziewania wymyślnych antygwałtów zniechęcających
do bodaj zapytania o prognozę pogody…
[zresztą, wyznam wam
szczerze, dwulatka śpiąca tuż, tuż, niedaleko, stanowi wyborny środek
antykoncepcyjny – działa bez pudła, 100% skuteczności]
Moja chimeryczna księżniczka w wydaniu domowym [czyt. bez włości i aktów własności] miewa takie dni, takie humory, że klękajcie narody.
W takie dni odechciewa się bodaj
oddychania.
- Niech no tylko skończy podstawówkę – rzecze O., cedząc przez zęby –
wtedy natychmiast wyślemy ją do jakiejś
angielskiej szkoły z internatem i tylko będziemy sprawdzać na stronie LOT-u,
czy – nie daj Bóg – nie wraca do domu na weekend.
Taa..., kochany tatuś.
Zresztą, matka nie lepsza.
- Muszę wyjść . – Mówię robiąc zbolałą minę.
I uciekam na pół godziny z domu
pod pretekstem konieczności dokonania zakupu pół kilo kartofli.
Na pojutrze.
Oddycham wówczas głęboko upajając się półgodzinną dawką wolności absolutnej.
Och.
Bywa naprawdę trudno.
Upierdliwie.
I nerwowo.
Trzaskam drzwiami, klnę pod nosem,
alboliteż głośno, gdy dziecko usadzę
na tzw. karnym jeżyku, a sama tkwię w
bezpiecznej odległości od winowajczyni.
Sama nie wiem, ona ma wówczas szansę ochłonąć, czy może ja..?
W takie dni najchętniej zakopałabym się pod kołdrą nasłuchując:
By odpowiedzieć, tak jak Dunia
przy tej okazji:
rodzicielskiej niekompetencji.





