czwartek, 9 lutego 2017

Love me like you do

Czwarta nad ranem.
W półśnie czuję, jak jego ręka okrywa moje chłodne ramię ciepłą kołdrą.
Sprawdza, czy na pewno jestem przykryta.
Poprawia poduszkę.

Mruczę z zadowolenia.
………………………

Piąta z niewielkim  haczykiem.
Dunia stęka i przewala się w swoim łóżeczku.

[boszsz… litości… tak strasznie chce mi się spać… niech ktoś coś zrobi, niech ona umilknie…]

Wyczuwam, jak O. podnosi się. Słyszę jego „ćśśśśś…” i wiem, że jego ręka czule głaszcze miauczącą Dunię po blond czuprynie.
Mogę leżeć niewzruszenie.

………………………

Siódma piętnaście.
O. zrywa się przed budzikiem, żeby nie daj bóg, ów nie zerwał mnie na równe kończyny.
W stanie sennej pomroczności jasnej dociera do mnie wygłaszane w stronę łóżeczka:

- Cichoooo, cichutko… mama jeszcze śpi.  Leż sobie, krasnalu, nie budź mamy.

Mała posłusznie leży cichutko dopóki nie usłyszy, że nie śpię, że wstałam.
Dopiero wtedy zrywa się z prędkością światła na równe nogi i radośnie oznajmia wszem i wobec:

- Mog(e)m mówić. Mama się wy(s)pała!

………………………

- Czekamy na tatę? Na ta-tu-sia! – sama sobie odpowiada na pytanie mała Pyza. – Tata (w)róci, (D)unia powie, co robiła w dźeń!

Zaiste, tata wraca, Unia opowiada.
Oraz pilnuje porządku.

- A teraz mamę! – pokrzykuje, gdy O. wszedłszy za próg, cmoka w czoło córkę nie zdążywszy jeszcze dotrzeć do mnie.

………………………

- Chodźcie na sanki! - woła O.

Dwa razy nie trzeba powtarzać.


………………………


- Kocham cię, wiesz? – słyszę wyszeptywane w środek ucha, w środku nocy.

Niezmiennie od wielu, wielu lat.

[w zasadzie... o każdej porze dnia, do tego nawet w trakcie tak pospolitych czynności jak obieranie kartofli bądź przecieranie podłogi wilgotnym mopem]

………………………

Pracuje kilkaset godzin w miesiącu.

- Dla was – mówi.

To prawda.
Wiem.
Spoglądam w szare sińce pod jego oczami i wyłuskuję z folii proszek na ból głowy.
………………………

Love me like you do… love me like you do… śpiewa Ellie Goulding

………………………

Bez niego nie byłoby mnie takiej,

[byłabym, jasne, że bym była, ale przecież zupełnie inna]

nie byłoby Duni,
nie byłoby nas.

NAS.

Bez niego.
Bez niego?


Niewyobrażalne.

………………………


Ja Ciebie też, O.

Ja też.

czwartek, 12 stycznia 2017

Tam, w środku

… i żebyśmy w tym roku dorobili się drugiego bąbla… - szepcze mi w ucho O. w noworoczną wczesną godzinę.

Przytulam się do niego i łykam łzę.
Gorzką jak piołun.
………………………………………………………………………………………

- Pożerasz te ogórki… – mówi O. wskazując słój z podarowanymi przez teściową kiszoniakami [mniam…. pycha!... i pochłaniam czwartego z rzędu…]może jesteś w ciąży..?

Prycham pukając się teatralnie w czoło, żeby sobie chłop nie myślał, że każdy kiszony, każda wypita octowa zalewa zaraz jako żywo oznaką ciążowego stanu.

[…następnie, gdy po późnonocnych harcach – {że też mam ci ja ku temu ochotę po całym dniu na pełnych obrotach…} – pochłaniam na chybcika kolejne dwie sztuki paluchami wprost z  przepastnego słoja]

Zatem.
Żrę jak szalona.
Najpierw w ukryciu, potem już się nawet nie kryję.
Do ogórków dołącza papryka.

- I co, dobra? – pyta O.
-Eee tam… - odpowiadam krzywiąc się i machając lekceważąco dłonią. – Mało octowa. Powinna mordę mi wykręcić na lewą stronę, a tymczasem octu w tym ledwie-ledwie.

Nie przeszkadza mi to jednak opędzlować słoika do połowy o 23 z hakiem, gdy O. będzie zażywał kąpieli.

………………………………………………………………………………………

Tracę ją, tę ciążę, w bólu fizycznym, i jeszcze mocniejszym psychicznym kilka dni później.
Tę.
Ciążę.
To.
Dziecko.

Wiem,
czuję,
że Ono było.
……………………………………………………………………………………….

Chwilowo tracę poczucie humoru, poczucie rzeczywistości, poczucie realizmu.
Bardzo mnie boli.

Tam w środku.
……………………………………………………………………………………….

Tkwię w zawieszeniu i marazmie
Zima sprzyja ku takim zmrożonym odczuciom.
Potem, czasami, ku własnemu zdumieniu, nawet uśmiechnę się, zaśmieję(!) się głośno.

Trudno to pojąć.

…………………………………………………………………….

- Dzwoniła W. Pytała, czy nie odsprzedalibyśmy im wózka. – raportuje O.
- Odpisz, że możemy im go oddać – odpowiadam. – I że w razie czego będą musieli na szybko znaleźć sobie coś innego – dopowiadam sama nie wierząc w to, co mówię.

Bowiem testów owulacyjnych powtarzać po raz  n-ty już nie zamierzam.


Mówcie mi: „Droga, gorzka Rezygnacjo”.


czwartek, 22 grudnia 2016

W pierwszych słowach mego listu

"Miła moja,

(…) u nas choinki też jeszcze brak, pierników w tym roku nie piekłam
 (wałkowała i z namaszczeniem wycinała piernikowe cuda foremkami Dunia wraz z babcią w zeszłą sobotę),
na razie dziecko me dzielnie mi asystowało przy produkcji bigosu, wigilijnej kapusty i uszek do barszczu.



Na każde zaś sugestywne i pełne niewygasłej nadziei zapytanie, czy tego lub owego spróbuje, słyszałam jedynie:

-Yyyyy... innym razem..?

He, he, he...

Jedyna rzecz, której propozycja spróbowania

[czyt.: pożarcia jednym kłapnięciem paszczy]

spotyka się ze szczerym entuzjazmem to… czekolada. 
W każdej postaci.

[…i po kim to?, pytam, ja – niereformowalna antyfanka kakao, ergo: wyrobów ściśle czekoladowych]

Gdybym, cudem jakimś nieziemskim, zechciała żywić swoje dziecko li i jedynie czekoladą, nosiłabym już dawno koronę supermatki dzierżąc w dłoni szczerozłote berło. 
Nad głową zaś zawisłaby by mi perłowa aureola.

[niedoczekanie….]

Przygotowania do Świąt wrą i bulgoczą generując bąble z powietrza w garnkach, przypalenia na kantach, upychane kolanem w szafie prezenty odbierane w pośpiechu od zmęczonego kuriera 
[dzięki ci, dobry boże, za internety i wirtualne sklepy, inaczej byłabym w czarnej el dojpie…]

Wiesz, jutro pojedziemy po chojałkę, którą Duńka zapewne własnoręcznie sobie wymaca
(maca, dziołcha, wszystkie napotkane w mieście świerki z nabożnym wzruszeniem :P)
i - daj panie - udekoruje.
Udekoruje między innymi wyprodukowanym (z niewielką pomocą matki rodzonej)  łańcuchem z wycinanek (!).


Oraz maleńkimi aniołkami, śnieżynkami i choinkami wyciętymi w masie porcelanowej wybarwionej na biel i zieleń
[dwa wieczory spędzone przy tej porcelanowej działalności!]


Zatem.
Pierniki, jak napisałam, z babcią wykonane.
Lustra wypolerowane (już są świeże ślady dziecięcych łap na ich
powierzchniach, tak że można przesadnie nie zazdraszczać).

Okna umyte.

- Aaale łaaaadnie... - skomentowało moje dziecko widok świeżo upranych
białych firanek na tle wypucowanych okien w naszym apartamą.

Nie powiem, rozmaślania się serce zmarszczonej od przepracowania housewife na tak niespodziane acz przemiłe słowa.

Do rzeczy, do rzeczy jednak...

Bigos upakowany w słoje, ćwikła gotowa i wypala nozdrza, postna
kapusta pyrkocze i okrutnie pośmiarduje kiszonką z kuchennego gara; kapcie lepią mi się od zamokłej mąki użytej do produkcji uszek, podłoga niemiłosiernie przykleja mi się do kapciowej podeszwy błagając o jej umycie. 
Obu tak naprawdę - i tej podeszwy, i podłogi.

Przede mną jeszcze dwa dni z hakiem kuchennego zapieprzu - pasztety,
barszcze, mięsa, ciasta, a po tym wielkie odgruzowywanie mieszkania w
ramach tzw. porządków, inaczej zwał: zacierania śladów...

Ale... dobrze jest:)

Z Dunią coraz bardziej kumającą świąteczne klimaty te przygotowania stają się coraz przyjemniejsze.
Cieszy mnie jej ekscytacja małym Mikołajkiem noszonym na spince do włosów, jej entuzjazm do wykrawania we wszelkich możliwych ciastach kształtów aniołków i choinek, hojne smarowanie klejem pasków kolorowych wycinanek
[palców, nosa i czoła też]



Cóż…
wracam do roboty choć pora późna i witki ze zmęczenia do kolan mi opadają,
a gęba ma usmarowana rozdyźdaną kapustą.
Na potęgę śmierdzącą.

Mimo tego ceramicznego kominka z wanilią, pomarańczą i cynamonem.
Mimo goździków i kardamonu prosto z rozgrzanego gara.

Buzi.”

………………………………………………………………………………………………


No właśnie.

Buzi, moje miłe:*


W zależności od potrzeb i  marzeń życzę:

- odpoczynku
- świętego spokoju
- świątecznego rozpiździaju,
- śladów dziecięcych rączek na świeżo wymytych powierzchniach
- histerii przy stanowisku ze szczekającym pieskiem prosto z chińskiego taśmociągu produkcyjnego gadżetów z lajftajmem obliczonym ściśle na żywotność równie chińskich baterii,
- bezustannego „mama! pomóż!” i „mama! chodź!” gdy ty właśnie z rękoma unurzanymi w mące, wodzie i oleju, tudzież z nożem w siekanej na drobno kapuście, bądź też dłońmi w mięsie na pasztet nie masz nawet jak podrapać się w swędzący pośladek, o potrzebującym dziecku nawet nie wspominajmy…,

… i wreszcie:

- Mama p(rz)ytuli! – dla zaakcentowania powagi sytuacji komunikat okraszony zostaje kiwaniem małej, płowej łepetyny, następnie bezceremonialnym wepchnięciem się w ramiona.


P(rz)ytulam Was zatem.

Mocno.
:*

wtorek, 29 listopada 2016

Luz, co nie?

-... a na kiedy macie termin z tym waszym artystą..? – pyta O. patrząc na obłość pod swetrem swojej siostry.
- Początek marca..? Chyba koniec jednak… A tam, nie wiem. Jak się gówniarz pojawi, tak będzie. - odpowiada mu mało przejęty tematem szwagier.

Wymieniamy porozumiewawczo spojrzenia. 
Niewypowiedziane myśli skrzą niczym zwarte kable.

- No, to na kiedy? – nie ustaje w dociekaniach O., tym razem kierując pytanie do właścicielki obłości.
- Jakoś tak w połowie marca, wiesz. Nie wiem, luz z tą z ciążą, wiesz. Ja to nawet nie wiem, w którym dokładnie tygodniu jestem.

[swoje tygodnie, kiedyś tam, dawno temu,  liczyłam niemal z kalkulatorem w dłoni. Wyrwana w środku nocy ze snu mogłabym bez problemu wyrecytować spodziewaną datę porodu Duni]

Spotkaliśmy się.          
Wreszcie.
Dwa tygodnie wcześniej, doświadczając swoistego rozdwojenia jaźni, potakiwałam O. z równie nacechowanym dwoistością entuzjazmem odwołującemu telefonicznie zapowiadaną z wyprzedzeniem wizytę tłumacząc się poszpitalną infekcją.

[oraz nadchodzącym wielkimi krokami okresem, jako że czułam dziada całym ciałem. jeszcze tego brakowało, żebym cierpiąc od łuszczącej się bezdomnej macicy zmuszona była oglądać rosnący cudzy brzuch]

Jak bum cyk cyk, jak raz się przydały szpitalne wirusy, choć przykro było patrzeć na umordowaną nimi Dunię.
[to były przyczyny oficjalne z gatunku „twardych”]

Okres też, niby nie w porę, a jednak pozwolił mi na ogarnięcie się przed nieuniknionym.
[to były przyczyny nieoficjalne z gatunku „miękkich”]

Potem pooglądałam sobie własną córkę bezskutecznie wyciągającą ramiona ku kuzynce.

[„Emi, no chodź, no chodź” – kusiła Dunia, rozkładając ramiona w ufnym, zapraszającym geście, na co rzeczona Emi wklejała się w brzuchatą matkę i raportowała, iż „ja nie chcę się z nią bawić, mamo”
Serce rozpadało mi się na kawalątka.
KA-WA-LĄT-KA.]

Ale przecież luz.
Wdech,
wydech,
wdech,
wydech…

Uświadomiłam sobie, jak emocjonalnie szczodrą, jak ciepłą, jak empatyczną [mama, dzidzia p(ł)acze! – donosiła mi przejęta Dunia, z marsem na czole], jak wrażliwą mam córkę.

- Mama jest s(m)utna. (D)Unia p(rz)ytuli. – usłyszałam wczoraj.

I słysząc to poczułam wtulającego się we mnie niemal dwuipółrocznego Krasnoludka.


W drodze powrotnej, cierpliwie znoszącego inwazję kochliwych pluszaków.

Melancholijnie wpatrzonego w zaokienne wiatraki.



Moja zadumana estetka.


czwartek, 3 listopada 2016

(Nie) bój się

Nie bój się.
Nie ma czego się bać.

Ile razy w życiu zdarzyło mi się wałkować ten uspokajający w zamierzeniu tekst?
Z ust cudzych pod adresem własnym i z własnych pod adresem innych  - bliższych i tych dalszych..?

Czasem w tym imperatywie oraz bliskich mu semantycznie uspokajaczach zawarta jest najczystsza w swej postaci troska o czyjeś tzw. dobro. O czyjeś dobre samopoczucie.
To ta chęć wyrwania z kogoś chwastów rodem z botanicznego atlasu przypadków mniej lub silniej trujących, toksycznych, wywołujących alergiczną pokrzywkę.

Ale kiedy indziej to wyraz dość obcesowej w swym lekceważeniu "troski".
Czasami to sprowadzone do parteru żenującego banału pseudopocieszenie.
Zwykły wycierus.
Wyświechtaniec.

- Ej, no... No nie bój się. Na pewno będzie dobrze.

Znają to państwo?
Bo ja owszem.
......................................................................................................

A to państwo znają:

włos wydłubany z tej zupy


?
......................................................................................................
Przeczytałam raz. 
Potem drugi. 
... i ósmy.

I się zamyśliłam.
......................................................................................................

A potem obiecałam sobie, że - niczym wytrawny nałogowiec - najpierw znacząco ograniczę.
Następnie definitywnie porzucę.
Porzucę tę arogancką pozę pocieszyciela-znawcy kategorii wiem_lepiej_zaufaj_mi.
Wcale nie wiem lepiej, wcale lepiej się nie znam. Mierzę przecież własną miarką, a ta w końcu skrojona jest wyłącznie pod moje osobiste doświadczenia.

Nie mnie oceniać, czego należy się bać, a o których strachach można zapomnieć i bezceremonialnie zwijać je w kłębek, by następnie wcisnąć ów pod dywan.
I przydeptać.

......................................................................................................

Duniu, córeczko, mądra w swej ostrożności i bojaźni, dziewczynko.
Właśnie że lękaj się.
Nie daj sobie wmówić, że bojaźń jest czymś złym,  zbędnym, obciążającym.

Niemniej,
ucz się ten lęk pokonywać.



Żyj na przekór niemu.

......................................................................................................

Za niespełna tydzień przed Dunią i nami kolejne badanie.
Znajomy scenariusz.
Znajoma sceneria.
Znajomy strach.

Boję się.
Przyznaję to hardo zadzierając podbródek.