czwartek, 16 października 2014

...a jakby wczoraj to było

To była środa.
Popołudnie.
Byłam męczona liczeniem dni cyklu, liczeniem kolejnego cyklu, czekaniem na niedoczekane.
Zmęczona zmęczeniem.
W pewnym momencie, w oparach przeróżnych myśli, przeczucia, pragnień, wyczekiwania, niezmordowanej nadziei podjęłam decyzję.
Zdyscyplinowałam strumień moczu i - ku własnemu niedowierzaniu podpartemu tłuczeniem się serca w rozgorączkowanej klatce piersiowej - wysikałam drugą kreskę.
W którą nie mogłam, no po prostu nie mogłam uwierzyć.

A teraz moja Druga Kreska głęboko śpi rozkosznie posapując.

Dziewczyny, wy dzielne kobietki, które wciąż czekacie - nie traćcie nadziei.

Nie traćcie.



czwartek, 9 października 2014

Macht Spaß spazieren zu gehen


„Spacer dla dzieci to zdrowie i przyjemność. (…)malutkie dziecko podczas spacerów najczęściej śpi, ukołysane ruchem wózka. 

(…) spacer służy też matce, bo to ona zwykle opiekuje się niemowlęciem. Sama może wtedy odpocząć i odetchnąć świeżym powietrzem.”

______________________________________________________________________

No, kończ to żarcie, córko. Idziemy na spacer.
Posiedź chwilę w bujaczku, matka twa wrzuci coś na grzbiet, zgoni kota z niemowlęcej karocy i zapakuje ze dwie pieluchy, gdybyś się czasem miała osikać po pachy.

A czemuż już skwierczysz..? Nie chcesz wychodzić? Dziecko, oślepniesz mi i zdziczejesz w tych czterech ścianach. Nie dziwacz, wychodzimy.

Czekaj, rzucę okiem na termometr. Ile to dziś nam nagrzało..? 25 stopni? No, nie zmarzniemy.
Dawaj, Duńka, do środka. Leż i ładnie wyglądaj. Tu masz tetrówkę, możesz sobie przytulic do policzka. Oj, córko, nie rycz, no błagam, przecież już wychodzimy.

[#@&***!!! Czy ta cholerna winda jedzie z sąsiedniego bloku..? szybciej, na bogów!, bo mi tu ryk dziecięcia mury obali lada moment…]

- O, dzień dobry, sąsiadko. Na spacerek, co? Ojej, ale tak bez czapeczki?

- Bez. Nie przesadzajmy, na zewnątrz jest 25 stopni.

- Ale wiaterek powiewa…

[Rozumiem, że w mieście wieje na miarę tajfunu Bopha czy też innej Katriny..?]

- Wiaterki nam niestraszne. Dziękujemy za troskę.

- Takie małe dzieciątko… Powinno mieć czapeczkę…

[czy słychać było szczęk gwałtownie otwierającego się noża sprężynowego w mojej kieszeni..? odejdź, kobieto i nie zmuszaj mnie do przemocy]

- Jeśli będzie taka potrzeba, na pewno ubiorę córkę cieplej. Do widzenia, pani sąsiadko.

(...)
Rany boskie… Szlag by trafił te wszystkie schody, po których muszę cię wytaszczyć na świat. Ty wiesz, co ja bym zrobiła temu dżentelmenowi, który zaprojektował tę klatkę schodową? Ja bym, rozumiesz, coś mu urwała. 
A najpierw zgniotła kombinerkami.
Z całej siły.

No dobra, dałyśmy radę. Poszły konie po betonie, dziecino. W drogę.

- Dzień dobry, dzień dobry, co ja widzę, na spacer idziemy?
- Ano, idziemy. Trzeba się dotlenić.

- Ale dzidzia bez czapki..?

[bez czapki, bez skarpet, w ogóle cała goła jak święty turecki]

Chodźmy, córko. Uwolnijmy się od społeczeństwa zanim twoja matka osiwieje od jego troski o twoją gołą łepetynę.

(…)
No żesz, a teraz znowu czemu kwękasz, co? Bo co, drzewa gałązkami nie majtają ci nad głową? A skąd ci na tej miejskiej wybetonowanej pustyni mam wytrzasnąć drzewa wszędzie dookoła?
Zlituj się. Przecież jeszcze chwila, a przez te twoje wokalizy wylegitymuje mnie jakiś umundurowany patrol albo co gorsza – dopadnie para leciwych emerytek i nie dość, że będę musiała się tłumaczyć z twojego beku, to jeszcze pewnie z braku czapki.
No nie wyj… o, proszę, już się jakaś za tobą obraca.

- Oj, oj, jak to płacze. Pewnie głodne…

[tak jest, zagłodzone. nie dajemy dziecku żreć nic a nic, taki eksperyment, wie pani]

(…)
Uch… córko…bicepsy sobie niezgorsze wyrobię od dźwigania tych twoich kilogramów…
I co, lepiej na duszy jak matka cię wzięła na ręce? Jeśli masz pomysł, jak przy tym prowadzić twój pusty wózek skoro nie dysponuję ponadstandardową ilością rąk, wal śmiało, jestem otwarta na wszelkie propozycje…

(…)
Dziecko kochane, no przecież muszę cię odłożyć do wózka jeśli mamy się wtarabanić z tym całym nabojem po schodach do windy.
Nie wyj, proszę, bo mi się zaraz pół bloku zleci.

(…)
Matko bosko kochano… nerki sobie odbiję od tej nowej metody otwierania drzwi windy, by się z niej wydostać. Projektanta tej jeżdżącej klatki dla ludzi też bym chętnie jakimś ciężkim narzędziem potraktowała…

(…)
O! Teraz to się zasnęło, co? Po półtorej godzinie wycia w plenerach i gorączkowego wyszukiwania kiwających się nad łepetyną gałęzi, co by wizualnej rozrywki dziecku dostarczyć?
Po taszczeniu cię w tę i nazad po pierdyliardach barier architektonicznych - progach, krawężnikach, schodach? 
Po całym tym maratonie po dziurach eufemistycznie zwanych chodnikami?
Po powrocie do domu?
Teraz cię sen zmógł?!


______________________________________________________________________

Spacery z moją córką.
Uwielbiam.

Jak cholera.

______________________________________________________________________ 

Duniu, obiecaj mi, że następnym razem odbędziemy spacer bez tych wszystkich cyrków. Obiecaj.



środa, 24 września 2014

Macierzyństwo w powijakach


Nie mam bladego pojęcia o zielonym wyobrażeniu na temat macierzyństwa wieloletniego. 
Ba. Ja guzik jeszcze wiem o sposobach na swędzące dziąsła, przełamanie niechęci do pietruszki w zupie, stłuczone kolano, pokazy histerii i skuteczną naukę wiązania sznurowadeł.

Nie wiem, jak to jest być matką z dużym stażem. Doświadczoną.
Taką przyzwyczajoną od lat do swojego dziecka i powiązanej z nim rzeczywistości. Taką obdarowywaną laurką z koślawym motylem, przeżywającą szkolną inicjację swojego dziecka, chodzącą na rodzicielskie zebrania, a parę lat później utyskującą na użeranie się ze sfochowaną nastolatką, podpisującą w dzienniczku uwagi zarzucające jej krnąbrność i zżymającą się na to, że notorycznie mi podkrada ulubione perfumy.

Tego  wszystkiego nie wiem. Nie znam.
Jeszcze nie.

Ale doskonale wiem, czym jest trzymiesięczne matkowanie mojemu dziecku.
Mojej Duni.

Jest mozaiką emocji, czymś bezustannie postępującym, mozolnie obrastającym w nowe doświadczenia.
Macierzyństwo pierwszych godzin, a potem tygodni jest szokiem i niedowierzaniem (jaka ona malutka! to naprawdę MOJE dziecko???!).
Jest zachłyśnięciem się nową rolą. Jest rodzącą się świadomością nabywania nowej tożsamości.
Jest strachem (nic nie umiem, niczego nie wiem, na pewno zrobię jej krzywdę).
Jest nieporadnością (przewijanie trwające 20 minut, ubieranie jeszcze dłużej, a dziecko i tak finalnie wygląda tak, jakbym ubierała je po ciemku wciskając nogawki na uszy, a rękawy na stopy).
Jest  frustracją (czemu ona ciągle płacze..?), ulgą (gdy dziecko po dwóch godzinach usiłowań wreszcie zasypia i kit z tym, że jedynie na 20 minut), permanentnym zmęczeniem (czy to dziecko nigdy się nie męczy? nie potrzebuje snu?!!! Ja już nie mogęęęę…) i zrezygnowaniem (to się nigdy nie skończy, ona już zawsze będzie wyłącznie wyć i spozierać na nas jak zbój).

Macierzyństwo wraz z upływem kolejnych tygodni, które powoli składają się na pełne miesiące ewoluuje ku czemuś, czemu bliżej do wyczekiwanego spokoju i stanu otrzaskania się z rzeczywistością wreszcie dobrze oswojoną.
Zapanowuje stały rytm, względna harmonia, Ordnung, za którym tym mocniej się tęskni im bardziej chaotyczne były początki.

Trzymiesięczne macierzyństwo nadal jest zmęczeniem i bywa, że niestety irytacją i frustracją, przemijającą, ale jednak… Nadal bywa niedowierzaniem. Od czasu do czasu jest melancholią. 
Zlepkiem trudnych emocji.
Ale.
Trzymiesięczne macierzyństwo jest również potężnym wzruszeniem i radością z rzeczy pozornie banalnych –  bo dziecina pokazała bezzębne dziąsełka w szeeeerokim uśmiechu, bo trzyma sama zabawkę w łapce, bo zagaduje głużąc rozkosznie, bo patrzy głęboko w oczy i ściska matczyny palec w swoich paluszkach niczym w imadle…

Macierzyństwo w pieluchach i ze smoczkiem w ryjku bywa też kłuciem w serce i pieczeniem pod powieką. [bo taka malutka, bo taka kruchutka, bo nie chcę, żeby spotkała ją krzywda a wiem przecież , że prawdziwe życie nakopie jej w dupkę, że niejeden ją zawiedzie, sprawi przykrość, zasmuci…]

Trzymiesięczne macierzyństwo jest uporządkowaną egzystencją, w której wraz z rozwojem dziecka wciąż pojawia się coś nowego.
Jest mnogością nowych umiejętności  - weźmy choćby za przykład używanie jednej pary rąk do pięciu czynności jednocześnie (z powodzeniem!), oraz wspięciem się na absolutne wyżyny pod względem organizacyjnym [w erze „przeddzieciowej” człowiek nawet nie był w stanie sobie wyobrazić jak wiele da radę zrobić w zaledwie kwadransik].

Jest wyskakiwaniem po zakupy na jednej nodze i ogarnianiem tematu w siedem minut.
Jest łykaniem zimnego kotleta i odgrzewaniem zupy po raz ósmy w ramach obiadu zjadanego w porze skandalicznie późnej kolacji gdyż nie udało się "dzięki" nieocenionej dziecinie siąść do jedzenia o normalnej porze. 
Jest czytaniem „Lokomotywy” i „Ptasiego radia” dwunasty raz z rzędu tylko dlatego, że dziecięca micha od tego się cieszy.
Jest zablokowaniem się mózgu na „Aaa, kotki dwa” i bezustannym ryraniem utworu w głowie - zupełnie jak wtedy, gdy radiowy hicior, który raz wdarłszy się w głowę, nie chce nam z niej ulecieć. 
Jest tworzeniem blogowych wpisów na raty [w poniedziałek pierwsze trzy zdania, w środę szukamy utraconego wątku, w piątek – przy dobrych wiatrach – lecimy z pisaniem posuwając się o kolejne trzy zdania;)]

Jest niepowtarzalną kombinacją rzeczy trywialnych ze wzniosłymi.

...jak pranie stosów tetrowych pieluch udekorowanych ulanym mlekiem i wtulanie nosa w pięknie pachnący niemowlęcy karczek...

...jak przewijanie małego zasikańca z nozdrzami spuchniętymi od unoszącego się aromatu amoniaku i ból serca z nagła uświadomionego sobie szczęścia...




Mimo trudów, trosk, rozmaitych kłód…

Trzymiesięczne macierzyństwo jest zachwycające.





środa, 27 sierpnia 2014

Ach śpij, cholero…


Początki były… hmm… (oględnie nazywając) niełatwe.

Już pierwszej nocy w domu po wypisie z kołchozu zwanego szpitalem Duńka urządziła sobie 13-godzinny maraton wycia i tym samym zaserwowała swoim starym pierwszą próbę ogniową.

Wyszlim cało choć Jaśniepan Obłęd machał nam już upierścieniowaną dłonią w koronkowej rękawiczce i słał całuski.

Następnego dnia dziecina zdecydowała, że wystarczy jej tego wycia godzin pięć [może zdarła sobie gardło poprzedniej nocy i nie chciała ryzykować konieczności umawiania laryngologa zaraz w pierwszym tygodniu swojej ziemskiej egzystencji..?] jednak mimo swego rodzaju delikatnego poluzowania napięcia we wzajemnych towarzyskich kontaktach Jaśniepan Obłęd też zamajaczył nam na horyzoncie.

Kolejne dni przyniosły ogrom dalszych atrakcji, z czego na czoło peletonu wybiło się wieczorne usypianie dziecięcia.

Eufemizm ten skrywał dwuipółgodzinną mordęgę wydreptywania ścieżek w panelach z panną dziedziczką rozpartą w rodzicielskich ramionach, w godzinie pierwszej drącą się jakby jej skalp zdzierali, a w godzinie drugiej oraz połowie kimającą z nóżką dyndającą.

Do czasu…
…do czasu gdy rodzic, któremu akurat przypadało wieczorne usypianie postanawiał odłożyć hrabiankę do łóżeczka. Wtedy jednakże dziecinie uruchamiał się żyroskop i ta bezbłędnie wyczuwając zmianę w położeniu zaczynała swoje concertino od początku. Jeżeli natomiast cudem jakimś niepojętym małolata w końcu usypiała, gwarantowana pobudka miała miejsce już godzinkę później. Bosko.

Doszło do tego, że po dwóch tygodniach regularnie już odczuwałam bolesny skręt jelit i kłucie w zwojach mózgowych na samą myśl, iż z wieczora trzeba będzie uskuteczniać usypianie Duni.

Któregoś razu, gdy opadłam z sił na kanapę po czterdziestominutowym seansie kołysania (jakoś mało sennej) córki w zdrętwiałych ramionach, dziecinę do bujania  przejął jej ojciec i tak nagle rzekł:

- Czytałem dziś w necie o jakimś amerykańskim lekarzu, co to wysnuł  jakąś ponoć skuteczną teorię w temacie uspokajania dzieci. Coś tam było m.in. o ciasnym zawijaniu i kołysaniu. Moglibyśmy spróbować, co..?

Odblokowało mi się wtedy coś w umyśle i zakrzyknęłam:

- Ależ ja wiem, o kim mówisz! To niejaki dr Karp. Mamy jego książkę, kupiłam ją kilkanaście tygodni temu.

I zaczęliśmy „czytać”, czyli O. wydreptywał kolejny kilometr w podłodze nosząc jaśnie pannę, a ja kartkowałam literackie dzieło dr. Karpa omijając co niektóre przydługie opisy tudzież przytoczone historie i na głos czytając wybrane fragmenty.

Na początku był dziki szał.
Próbowaliśmy używania rożków, kocyków, flanelowych pieluch… Drąca się wniebogłosy Duńka omotana ciasno materią milkła na kilkanaście (bądź kilkadziesiąt jeśli udało się przyfarcić) minut, ojciec rodzony hiperwentylował się szumiąc i charcząc dziecku nad uchem, od kołysania dziecięcia zaś własny błędnik wariował.

Jednakże.
Dunia i tak w końcu wygrzebywała się z tego, w co ją w pocie czoła motaliśmy (włączając w to własne odzienie).



Zakupienie otulacza z „rękawami” na rzepy także było pomysłem o kant dupy potłuc mało udanym.
Nie ma, powtarzam: NIE MA  takich rzepów, takich wiązań i rozwiązań i takich okowów, z których moja córka nie dałaby rady się oswobodzić.
Houdini mógłby jej buty czyścić.
Językiem.

A jednak w końcu los się nad nami ulitował.
Gdy już bliska byłam podjęcia decyzji, by dziecię nasze obwiązywać bandażami i wiązać szpagatem do pieczeni, znalazłam na internetowych bezdrożach stronę na temat pewnego [Baczność! Achtung! Lokowanie produktu!] wynalazku.
Czytając optymistyczne teksty i oglądając zdjęcia spokojnych (!) dzieci zaczęłam się ślinić, a duszy mojej wróciła nadzieja, że może jednak opieka społeczna nie stanie nam w progu, a wieczorne usypianie przestanie przypominać wyrafinowane tortury (pod względem wokalnym także).

Wyszukałam zatem.
Zamówiłam.
Gryząc paluchy ze zniecierpliwienia wyczekałam.
Odebrałam.
Trzęsącymi się łapami pakunek rozdarłam.
Uprałam.
Dziecinę zestroiłam.
Chwilę (chwilę, nie dwie i pół godziny do opadnięcia rąk z furkotem po same kostki) następczynię tronu pokołysałam i…

Ludzie!

Jak położyliśmy Duńkę o 21 lulu, tak zerwaliśmy się rozgorączkowani o szóstej ( o SZÓSTEJ!) dnia następnego, rzuciliśmy się do łóżeczka niepewni czy nam się dziecko wyprowadziło z chałupy, czy co, bo cisza aż dzwoni, dzieć nie wyje, bębenki uszne nie pękają… i oczom naszym ukazało się wielce zadowolone z życia niemowlę gotowe na poranne ablucje oraz załadunek żywności.

O, bogowie… Jaki piękny świat się nagle zrobił!

Pomijając nieliczne incydenty, gdy dziecina sama z siebie wybudzała się w okolicy trzeciej w nocy celem pobrania pożywienia, z ręką na sercu mogę przyznać – od tamtej pory przesypiamy noce.
Wszyscy.
Cała trójca przenajświętsza.

Woombie wraz z metodami dr. Karpa darzymy zatem uczuciem gorącym oraz dozgonnym i uznajemy za nasz patent#1.


_____________________________________________________________________

Żeby dziecinie nie poprzestawiał się dzień z nocą, nie praktykujemy pakowania Duni w woombie w ciągu dnia.
Jak zatem przekonaliśmy miłośniczkę aktywnego spędzania upiornie długich godzin do tego, że odrobina snu jeszcze nikomu nie zaszkodziła?
Ten patent – #2 – przytaszczył sam ojciec rodzony z pracy, na podstawie męskiej wymiany poglądów pozostałych, bardziej doświadczonych osobników dzieciatych.
Voila.



Kawał tetry na ślipia zaiste działa cuda.
Dziecina kima, Matka ma dzięki temu szansę zluzować własny pęcherz moczowy, łyknąć kanapeczkę bądź też otworzyć książkę, a nawet przeczytać kilka stron (!).

 
_____________________________________________________________________


Mam nieco ponaddwumiesięczne niemowlę.
I śpię nocami.

Można zazdraszczać i rzucać pomidorami.

Dobranoc:)

czwartek, 7 sierpnia 2014

Refleksje poszarpane


Czasem mi się marzy, by posiadać na własność fuzję. 
Mogłabym jej użyć gdy po raz tysięczny słyszę przyprawiające mnie o migotanie przedsionków zatroskane „Nie jest jej za zimno..?.
Bo tu przecież jedyne 30 stopni w cieniu a dziecię ani czapeczki, ani skarpetek… 

...................................................................................................................................................

Do ulubionych fraz zaliczyć też należy „Pewnie głodna…” oznajmiane nam – niedomyślnym sierotom - w przeróżnych sytuacjach gdy bynajmniej dziecko nie przymiera głodem, ale społeczeństwo przecież zawsze wie lepiej co dziecku dolega.

Nasza córka jest zatem głodna gdy głośno trzeszczy gdyż właśnie ją odłożyli choć do tej pory nosili; jest głodna gdy rozbierają ją z pieluchy a przecież ona chciała w tej zasikanej; jest głodna gdy co niektórzy chcą, by spała, a ona wręcz przeciwnie; jest głodna gdy matka usiadła a przecież powinna stać na baczność; jest głodna gdy leją mokrą wodę chcąc ją wykąpać, a ona - do diaska! – chciała pożyć w brudzie…

Kocham też to zmartwionym tonem wypowiadane „Pewnie głodna…” gdy Duńka ćwiczy wokal, bo ją paskudni starzy powieźli na spacer.
Dziecko nasze bowiem nie przepuści żadnej okazji, by poskwierczeć i ponarzekać. Jak powiozą człowieka Rolls Roycem skwierczy się wszak komfortowo, grzechem by było odpuścić sobie rozrywkę.

[Gdy zaś siłą powożona zażywa drzemki w swym apartamą, w Rolls Roysie miejscówkę zajmuje futrzana krewna.

By się pojazd, Boże broń, nie kurzył.]



________________________________________________________________

W stanie głębokiego uśpienia Dunia często pohukuje niczym puszczyk, co brzmi jakby wydawała zadziwiony okrzyk.

- Pewnie jej się śni, że ma już osiemnaście lat, a ja jej właśnie okazałem te wszystkie rachunki z wydatkami, jakie poczyniliśmy na rzecz jej utrzymania wraz z żądaniem zwrotu na konto. I teraz jest dziewczyna zaszokowana  – mówi O.



No.
Z pewnością.

________________________________________________________________


Dwie uparte baby.
Jedna uparcie pstryka.
Druga uparcie się zasłania.


________________________________________________________________

Gdy ciężko pracując na punkty w ramach programu „Matka tysiąclecia” upycham zniecierpliwienie po kieszeniach i kołyszę dziecinę kolejny kwadransik w ramionach [cztery i pół kilo Duńskiej żywej wagi! Bogowie, litości!] ta jest uprzejma zastygać w stuporze (wyłączając też fonię – ku uldze mych spuchniętych uszu) jedynie na widok swej ulubionej „zabawki”.


Kołysana tak, by mogła obserwować bujający się z jej rozkołysanej perspektywy żyrandol, rozmaślania się minuta po minucie czyniąc rodzicielskie usiłowania uśpienia dziecięcia wreszcie skutecznymi.

- Jak kiedyś pojedziemy gdzieś z Dunią w świat, jak nic trzeba będzie wykręcić z sufitu żyrandol i zabrać go ze sobą… - prorokuje O.




No ba…

________________________________________________________________


Oto Sloppy, od niedawna nowy lokator Duńskiego apartamą.
Miał być przytulaskiem, a został idealną podporą dla smoczka.

Matka go uwielbia.