Entliczek, pentliczek, grzebyczek, kocyczek, kaftanik,
koszulka, w portfelu dren…
Organizujemy się wyprawkowo, uczymy nomenklatury niczym
dziateczki alfabetu z tego elementarza, co go jeszcze nie napisali, ale ofiarne
państwo ma w podskokach sprezentować.
- Odwiedziła mnie E. Przyniosła nam w darze złoto, mirrę i kadzidło
kilka ciuszków. Kurczę, wciąż nie mogę się nauczyć tych nazw. Nie wiem czy to
śpiochy, czy pajacyk, czy insze ustrojstwo - raportuję chłopu.
- Pokaż no – rzecze chłop i rzuca fachowym(!) okiem. –Toż to body. Widzisz? Tu się odpina, tędy się
zakłada.
Mrugam gęsto zawstydzona
swoją ignorancją i z pełną wyrazistością oczyma wyobraźni widzę się w
nieodległej przyszłości, jak podczas wizytowania sklepów odzieżowych niczym
głuchoniema wskazuję tylko palcem pożądane sztuki konfekcji starannie unikając publicznego
podawania ich nazw.
Trzeba jednak przyznać,
że z nieukrywaną przyjemnością miłośnie gładzę miniaturowe odzienie usiłując
ogarnąć umysłem zadziwioną myśl, iż „to
dziecko naprawdę będzie takie maleńkie!?”
(żywię doprawdy potężną nadzieję,
że nie wyhoduję we własnej macicy godnego partnera dla niejakiego Henryczka,
którego z rosnącą zgrozą podziwiałam w gazetowej galerii marcowych noworodków i
który to uprzejmy był dobić do pięciu (!) kilo żywej wagi oraz 64 centymetrów
długości kadłuba z przyległościami… mein Gott, matka Henryczka to zaiste cicha bohaterka…)
W odwiedzanych sklepach
nogi me same skręcają w dziecięce działy i niosą mnie w podróży między półkami
z wszelkim dobrem.
(gdybyż jeszcze tylko
mieć tak ze dwie walizeczki wypchane po brzegi mamoną…)
Z nabożnym
wzruszeniem składam pierwsze swoje
zamówienie w jednym ze sklepów internetowych. Wybieram drobiazgi, przemyśliwuję
decyzje, koryguję, dopieszczam, dokładam i wciąż nie dowierzam, że nabywam te
materialne dobra dla najprawdziwszego małego Człowieczka. To mi się nie zdaje,
to nie film, za dwa i pół miesiąca taka właśnie będzie moja rzeczywistość – usiana
pieluchami, pachnąca mlekiem i małym dzieckiem.
- Dzień dobry, dzwonię do pani, bo nie określiła pani w formularzu
zamówieniowym, jakiego koloru mają być te pieluszki flanelowe – słyszę miły
głos w słuchawce.
- Nie określiłam, bo jest mi to absolutnie obojętne. Nie cierpię na żadną
formę kolorystycznej fobii. – odpowiadam.
- Yyyy… - panią po drugiej stronie wyraźnie na moment zatyka – a pani oczekuje synka czy córki? Chciałam się po prostu upewnić, bo wie pani,
wiele osób nawet sobie nie wyobraża, żeby miało ubrać chłopca na różowo, a
dziewczynkę w niebieskie ciuszki.
- Cóż, – uspokajam rozmówczynię - zapewniam, że moja wyobraźnia nie ma podobnych ograniczeń i naprawdę może
pani zapakować mi takie kolory, jakie pierwsze wpadną pod rękę. Na żaden wybór
się nie obrażę.
Tym sposobem kolejny raz
mam okazję przekonać się, że budząca rozbawienie, zaobserwowana w
anglojęzycznych kręgach maniera, by kolorystycznie dopasować rzeczywistość do
płci potomka, zalęgła się także na rodzimym gruncie. Nawet pieluchy należy
zapewnić we właściwych barwach…
(skoro już się
tak nurzamy w różano-błękitnych bąbelkach, czy wiecie, że na początku 20. wieku
powszechną zasadą było, iż róż, ze względu na swój zdecydowany, mocniejszy kolorystyczny
charakter dominował w przypadku chłopięcych ubranek, błękit zaś ze względu na swoją
subtelność rekomendowano dziewczynkom..? Ot, taki wczesnodwudziestowieczny gender w garderobianej szafie.)
Zatem, jak przystało na
lokalnych inicjatorów niemego protestu przeciwko kolorystycznemu terrorowi: kocyk
zielony, pieluchy tęczowe, a matka ma ciemno przed oczami.
Gdyż trzydziesty tydzień
za pasem.
Wnętrze z kisielu, nogi z galarety, delirium drżących dłoni.
Powoli zaczyna być wyraźnie z
górki...


