niedziela, 9 lutego 2020

Czytata/pisata

Czyta wszystko, co jej w łapy wpadnie.




Czyta swobodnie od roku z okładem.

Czyta na głos tak płynnie, że niejednego dorosłego byłaby w stanie zawstydzić jakością swej czytelniczej werbalnej produkcji. 
Czyta dowolne czcionki, 
czyta do góry nogami, 
w różnych językach,
czekam aż zacznie czytać od prawej do lewej 
bądź od tyłu do przodu.





Czyta, dlaczego morze jest słone, cytryny są kwaśne [mniam…], dlaczego dinozaury wyginęły i czy lemur należy do kotowatych. Czyta w sypialni, kuchni, salonie, toalecie, autobusie i na murach.
[z drżeniem wyczekuję, kiedy padną te wszystkie nieuniknione pytania o te wszechobecne bluzgi na elewacjach wszelakich…te wszystkie antyortograficzne wyznania typu "koham Jolke" bądź też "wybacz mi, Marjola". Innego exemplum nie jestem nawet w stanie przytoczyć ].



Czyta wszystko i wszędzie.

Pisze także(!)
Głównie sporządza własne wersje dzieł literackich, tudzież własne dzieła literackie w wersjach jak najbardziej oryginalnych, produkuje także nieocenione shopping lists.




[jak podaje google translator: pomidory, bułki, twaróg, boczek, świderki, wędlina]

Z podziwu godną nonszalancją godną pięcioipółlatki traktując kwestię spacji między wyrazami.

Nie powiem, 
jak się jest beznadziejnym przypadkiem matki z zaawansowaną sklerozą, 
taka córka bywa istnym wybawieniem.

Nawet bez tych spacji.
Tudzież z kontrowersjami dotyczącymi wężyka przy "ę".

środa, 19 czerwca 2019

Piąta nitka

Doplotła się.
Piąta nić w pajęczynie Duńczynej egzystencji oplotła się wokół wcześniejszych czterech.
I choć na przekór nadziejom, na złość intencjom, na bakier z planami i pomimo rozkwitłych piwonii w Duńczynym bukiecie a kremowych róż w moim ten dzień, TEN dzień(!), nazbyt ochoczo ułożył się za pan brat z powarkującymi psami gniewu i nerwów, to oko się poci a pamiętliwe neurony jak zwykle o tej porze roku z piknięciem w sercu eksplorują meandry pamięci. Cofają się w swej mentalnej tułaczce do tamtego dnia, TAMTEGO dnia(!), gdy urodził się cały mój nowy świat.

I znów nie dowierzam.
Że tym razem to już pięć.
I że to już.
Tak nagle.
No jak to..?!







czwartek, 1 listopada 2018

Migawki pomiędzy

Trochę ciepła rodem z lata, potem nieco chłodu zapożyczonego ze wstępu do długiej, wyczerpującej zimy.
Swoiste preludium do zimowego spektaklu z naprzemiennością szaroburej zgnilizny z jasnośnieżną bielą na niegdyś obutych w zieleń gałęziach.



[pstryk]

Summer's gone - jednoznacznie oznajmia Jimmy Kerr.

Pachnie mi to palonymi liśćmi, wilgotną od deszczu ziemią, suchą trawą, namokłym drewnem, zapowiedzią obłędnego aromatu pomarańczy z rozgrzanymi goździkami, suszonym w trzewiach kaloryfera parasolem, zapachem świeżo upranego grubego swetra...



[pstryk]

Włóczymy się po lesie uprawiając maniakalne wręcz zbieractwo.

- Musiu, a to się przyda..? - zapytowuje mnie Płowa pokazując a to szyszkę, a to liść bądź kamyk...

A jakże.

Rozgrzewamy wosk, rozgrzewamy klej, wymaczamy liście, wylepiamy home-made ozdóbki, cuda i insze wianki.



W tzw. międzyczasie na trasie przedszkole-dom regularnie i zgodnie z właściwym  o'clockiem prowadzam na autobusowy przystanek Dunię.

Dunię wraz z Luną. 
Psem absolutnie ukochanym.
Wypieszczonym.
Jedynym dostępującym zaszczytu sypiania wraz z jasnowłosą właścicielką w tym samym barłogu.

[kto by pomyślał, że raz zakupiony w lokalnym lumpeksie zwierz z ewidentnie przetrąconym karkiem i wywalonym na zewnątrz jęzorem okaże się bezgranicznie wielbionym futrzakiem…]

- Musiu, sprawdziłam, autobus będzie o szesnastej. - oznajmia mi córka, w nosie mając fakt, iż jest wpół do drugiej po południu raptem.




Ta sama córka nierzadko już o dziesiątej rano powiadamia mnie, iż wstała dziś o siedemnastej.

We’d wish… - zwykliśmy wówczas mawiać wraz z O.

Nie wiem, doprawdy, skąd w niej to upodobanie do późnych godzin popołudniowych.



[pstryk]

Zaczyna czytać.
Składa sama sylaby.

Pu, pa…, musiu, wiesz, że ja dzisiaj przeczytałam słowo ‘pupa’?! - chwali mi się po zajęciach.

Faktycznie. 
A obok marketu z biało-oranżowym logo mogłabym spokojnie przejeżdżać z zamkniętymi oczyma.

O-bi, musiu! - wykrzykuje z tylnego siedzenia bystra blondyna. - Jedziemy po roślinki? - dopytuje ze znawstwem małoletniej potomkini botanicznej maniaczki.

.................................................................................................................

Zaczęła sama pisywać swoje książki.

O, matko.

Lektury miewam... hmm... absorbujące.
...................................................................................................................

Tymczasem godzinami wysiaduję klnąc nad zabytkowym Singerem, w uszy sączy mi się muzyka, a ja szyję pościele, poszwy, pledy...

Zabezpieczam się ciepłowniczo na długi, zimny czas...?

Samotny i trudny.

wtorek, 19 czerwca 2018

Kipi kasza, kipi groch,

ukończony czwarty(!) rok.

- A ile ty masz lat? – dopytuje pani sąsiadka co jakiś czas wożąca się z nami windą na poziom parę pięter nad nami.
- Oj, z dziesięć… - odpowiada Dunia zadziwiając mnie swoją matematyczną fantazją.
- Ejże, coś mi się nie wydaje – rzecze na to nie dowierzając pani sąsiadka [i słusznie].
- Dziesięć, dziesięć. – brnie dzielnie moja mała blondie.
Kiwając energicznie łepetyną stara się dodać sobie pięć deka wiarygodności.

- Za lat paręnaście zacznie sobie odejmować. – Mruga do mnie okiem rozbawiona sąsiadka, gdy rozbrzmiewa wreszcie nasze ‘do widzenia! Duniu, pożegnaj się z panią”.

Póki co jednak, Mała – choć wcale nie taka mała, bo to w końcu metr dziesięć, a nawet ciut więcej – ochoczo sobie dodaje.

Mimo wszystko matczyny licznik bije i sumiennie odlicza.

Cztery.
…?!
CZTERY????????????????!!!!!!!

Powielę banały, jakie można usłyszeć z ust niejednego rodzica: Nie wierzę.
Nie wiem, kiedy te cztery przemknęły. Gdzie dokładnie wsiąkły. Gdzie się rozpuściły.
Nie no,  niby dobrze wiem, ale jednak, jak to?! Gdzie?! Kiedy?? Czemu tak szybko???!

Kolejny rok składam niniejszym w kosteczkę, doprasowuję dłonią i układam w malowanej skrzyni.
Dokładam do trzech poprzednich.
Zdmuchuję wyimaginowany pyłek.
Wygładzam zmarszczki pamięci.

Moja córka...
Przymiotniki lgną do niej jak trzmiele do naszych wspólnie posadzonych kwiatów.
Trudna.
Bystra.
Wymagająca.
Chimeryczna.
Nostalgiczna.



Jedyna.

Jedna jedyna na zylion.


Moja. Czteroletnia. Córka.

To brzmi dumnie.


niedziela, 27 maja 2018

Omnia tempore arte

- ...a dalej są oczy, uszy i nos. Jak serducho. [no faktycznie] - opisuje swe (arcy)dzieło małoletnia Autorka.
- A to tutaj? To mocno czerwone? - dociekam.
- To? To jest serce. - odpowiada mi artystka.

............................................................................................


- Ty, a widziałeś, że jestem anatomicznym dziwadłem? Serce mam NAD biustem! - zauważam.
[jako że moje dziecko nie omieszkało umieścić i tego anatomicznego szczegółu na swym dnio-matczynym arcydziele]. - No, chyba że to nie biust a jakaś - bo ja wiem? - apaszka..?...- dywaguję.
- Nie, nie - odpowiada ojciec artystki - dobrze widzisz, dziecko mnie informowało w trakcie odbębniania procesu twórczego, że najpierw odrysowuje ci biust, a dopiero potem leci reszta.

Co za szczęście, że Dunia nie widziała jeszcze "Lekcji anatomii doktora Tulpa"...

Nie daj bóg zechciałaby sporządzić autorską kopię tegoż.


.............................................................................................

- No dobra, a co ja tu w ogóle robię? - dopytuję niezmordowanie.
- Tańczysz. Mama tańczy. - odpowiada mi córka.

- Acha...- kiwam głową boleśnie świadoma swych tanecznych talentów.

[bowiem kij od mopa wygrałby ze mną na wyprzódki i męczy mnie myśl, iż oto wydałam na świat dziecko, które niespełna czteroletnim talentem zdolne jest oddać czerwoną kredką mą taneczną niezborność]

Do tego przeokrutnie usiłuję nie skupiać się na tych trzech (TRZECH!) lichych włosach wyrastających mi z czaszki.